Nie z tego świata. Ojciec Serafin Rose

„Jezus odpowiedział:
Królestwo moje nie jest
z tego świata”

(Jan 18,36)

PRZEDMOWA

Dla wielu ludzi w różnych krajach o. Serafin Rose stał się synonimem duchowego odrodzenia i powrotu do tego co w prawosławnej Tradycji istotne. W Rosji wysuwa się on dzisiaj na czoło najbardziej poczytnych autorów teologicznych. Niezwykłą popularność zdobyły jego książki w Stanach Zjednoczonych.
Wszystko co wyszło spod pióra tego prawosławnego mnicha amerykańskiego charakteryzuje się prostotą wykładu. Jego książki nie są, w przeciwieństwie do płodów większości teologów, obliczone na otrzymanie kolejnego stopnia akademickiego. Pokusę służby nauce odrzucił już w młodości, widząc, że nie prowadzi ona do odkrywania odwiecznej i niezmiennej Prawdy, a tylko jest formą wyrafinowanej, intelektualnej zabawy.
Teologia o. Serafina płynie z serca. Są to często przemyślenia na gorąco, zawsze pozostające w związku z codziennym doświadczeniem zwykłych ludzi. W swoich książkach mówi o patrystycznym spojrzeniu na świat. Jest w nich o niebezpieczeństwach ekumenizmu, który już dawno zapomniał o swoich pierwotnych zamiarach i stał się poszukiwaniem jedności za wszelką cenę wszystkich ze wszystkimi. Jest w nich teologiczna interpretacja Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, o czym nie pisał przed nim żaden zawodowy teolog. Znajdziemy też rozważania o życiu po śmierci, tak kluczowe zagadnienie dla każdego.
Drugi powód popularności o. Serafina wiąże się z jego długą drogą duchowych poszukiwań. Są one dzisiaj udziałem wielu ludzi, szukających duchowej realizacji na drogach i bezdrożach religii orientalnych. Może być dla nich niezastąpionym nauczycielem, gdy już postanowili powrócić do domu Ojca.
Jego fascynacja buddyzmem nie była uleganiem panującej aktualnie na uniwersyteckich kampusach modzie. Przeciwnie, starał się temat pogłębić poprzez rzetelne studia, chociaż później jego zainteresowania zaczęły ewoluować w stronę klasycznej filozofii chińskiej.
Tym co pociąga czytelników w postaci o. Serafina nie jest bynajmniej to, że był on znawcą religii i filozofii orientalnych ani nawet iż przeszedł długą drogę, jaką wędrowało wielu z nas, zwabionych syrenim śpiewem rożnych, przeważnie samozwańczych, guru, po którym następowało bolesne przebudzenie na duchowej pustyni.
Najważniejsze u tego człowieka było jego autentyczne poszukiwanie Prawdy. Czy w naszych czasach taka postawa ma jeszcze sens? Może kiedyś wśród antycznych Hellenów przechadzających się po ateńskiej agorze w towarzystwie Sokratesa czy Platona, jeszcze by uchodziło. Ale być dzisiaj poszukiwaczem Prawdy, jakież to nie w duchu epoki.
Przecież tylu różnych mędrków mówiło nam, powtarzając słowa dawno wypowiedziane w Jerozolimie przez Piłata „A cóż to jest Prawda?” (Jan 18,38). Przekonywali nas, uwodząc słowami, że nie istnieje prawda obiektywna, są tylko półprawdki, taki bazar z prawdami różnych ludzi, złożonych wyłącznie z ich widzimisię. Świat współczesny powtarza nam ciągle: „wszystko jest względne, nie wiedzieliście o tym”.
W takim momencie świadectwo o. Serafina Rose jest szczególnie ważne. On wierzył w Prawdę, poszukiwał jej i dlatego przeżył udrękę samotności. Co więcej, po długich poszukiwaniach prawda objawiła mu się jako osobowa. Przeżył wielką przygodę swojego życia, od nihilizmu i poczucia błądzenia w ciemności doszedł do światła. Dla niego światło objawienia to było spotkanie z Chrystusem w chrześcijaństwie wschodnim.
W swoich poszukiwaniach i odkryciu także nie był wyjątkiem. Prawosławie na Zachodzie pociąga wielu ludzi. Dobrego przykładu dostarcza prawosławny Kościół w Portugalii, złożony w większej części z konwertytów. Odkrywają oni dla siebie chrześcijaństwo Tradycji, niosące ze sobą duchowe doświadczenie stuleci i przez wieki przemawiające do ludzi tym samym głosem.
Wydaje się, że ludzie dzisiaj są zmęczeni płytkością życia w każdej nieomal dziedzinie. Wdziera się ona także do naszych Kościołów. Tymczasem człowiek potrzebuje poczucia zakorzenienia w czymś co jest ponadczasowe. A w Prawosławiu właśnie człowiek Zachodu odnajduje syntezę doświadczenia religijnego zarówno Wschodu jak i Zachodu. Dlatego tak wiele osób zwraca się do Kościoła wschodniego, ponieważ inne kościoły starają się dogonić współczesność w ciągłej obawie, że przestaną być w zgodzie z duchem czasów. Starają się więc kokietować ten świat całkowicie obojętny na ich wysiłki. Dał temu wyraz, bardzo celnie, rzecznik polskiego episkopatu w radiowym wywiadzie. Na pytanie czy słyszał o dosyć licznym przyjmowaniu Prawosławia w Ameryce przez wyznawców konfesji zachodnich, odpowiedział: „Tak, odnotowujemy ten problem, lecz są to ludzie, którzy nie nadążają za współczesnością”.
Byłby więc o. Serafin modelowym przedstawicielem tzw. nowonawróconych, ich duchowym przywódcą. Było w nim jednak coś znacznie więcej. Wraz z o. Hermanem powrócili do źródeł monastycyzmu. Tak samo jak pierwsi mnisi uciekli na pustynię aby oddać się modlitwie.
Myśleć wyłącznie o własnym tylko zbawieniu byłby to ideał egoistyczny. Więc w tej swojej pustelni zaczynają wydawać pismo. Drukują w nim teksty Ojców Kościoła wschodniego i zachodniego sprzed rozłamu. Nie pragną sami stawiać się w roli nauczycieli, chcą być tylko przekazicielami Tradycji.1
Lektura książki o. Damaskina dla piszącego te słowa była dużym przeżyciem. Należało tylko żałować, że jest tak obszerna (1014 s.) i raczej trudno byłoby wydać ją w całości. Stąd zrodził się pomysł na dokonanie pewnego wyboru, skrótu, wolnego tłumaczenia ważniejszych jej fragmentów. Dzięki temu polski czytelnik mógłby łatwiej zapoznać się z postacią tak znaną w świecie Prawosławia.
Dla człowieka wierzącego żywot o. Serafina jest doskonałym przykładem w jaki sposób Pan Bóg prowadzi człowieka mimo jego krętych ścieżek i zbłądzeń. Ważne jest tylko żeby człowiek poszukiwał Go naprawdę, całym sercem.
Można czytać tę książkę także zupełnie inaczej, jak zajmującą powieść, niezwykłą biografię. Znajdą się w niej nawet wątki polskie, wielu wspominanych w książce duchownych miało związki z naszymi Kresami wschodnimi.
Chociaż książka, będąca dla niniejszego opracowania pierwowzorem, za autora ma o. Damaskina, łatwo się domyśleć iż był on raczej sekretarzem i redaktorem spisującym wspomnienia samego o. Hermana.
O. Serafina można nazwać prorokiem chrześcijaństwa zaangażowanego, wiary wymagającej ascetycznego wysiłku a nie będącej przedmiotem intelektualnych gierek i rozmów o życiu duchowym, które nikogo do niczego nie zobowiązują. Niedzielne chrześcijaństwo było dla niego karykaturą, wypaczeniem nauki Ewangelii, herezją życia jakiej podlegać mogą także ludzie oficjalnie przyznający się do Prawosławia.
Dla niego bez modlitwy i postu nie ma chrześcijaństwa, w jego wizji był silny element eschatologiczny. Ojciec S. Rose był przekonany, że żyjemy u schyłku czasów, kiedy zło rozpanoszyło się w sposób jawny i bliski jest czas wielkiego odstępstwa. Powoli wyłania się synkretyczna religia Antychrysta. Podzielał poglądy Sołowjowa i starców ze św. Góry Atos, że większość przedstawicieli Kościołów instytucjonalnych zdradzi Chrystusa. Dzisiejsi chrześcijanie winni być przygotowani na prześladowania i życie w warunkach katakumb. Znane było jego powiedzenie, a był to czas prześladowania chrześcijan w ZSRR: „To, co dzisiaj jest w Rosji, jutro może być w Ameryce”.
Podobny mnichom egipskiej Tebaidy, głosił chrześcijaństwo surowe, wymagające, nieufne nawet wobec autorytetów kościelnych o ile nie legitymują się one świętością życia. Jego głos został usłyszany nie tylko w Ameryce, gdyż wierni z łatwością rozpoznali w nim głos niezmiennej Tradycji jakim przemawiali wielcy święci: Antoni Wielki, Makary Egipski, Paisjusz Wieliczkowski, Serafin Sarowski.
Gdybyśmy dzisiaj mogli usłyszeć któregoś ze słynnych egipskich pustelników powiedziałby nam dokładnie to samo co mnisi z Platiny. Świadectwo o. Serafina było potężnym głosem Kościoła stanowiącego, przez swoje doświadczenie, pewny drogowskaz w świecie, w którym panuje ogólne pomieszanie pojęć, bo wszelkie znaki orientacyjne zostały poprzestawiane. Dla nas, chrześcijan wschodnich, tym drogowskazem jest głos Tradycji.

KORZENIE

Późniejszy ojciec Serafin Rose urodził się w San Diego w Kalifornii w całkiem zwyczajnej średniozamożnej typowej rodzinie protestanckiej. Na imię otrzymał Eugeniusz. W plejadzie przodków miał po linii matki Norwegów, jedna z babć była z pochodzenia Szwedką. Matka Ester urodziła się w 1901 roku na farmie w stanie Minnesota w rodzinie wyznającej luteranizm.
Ojciec Eugeniusza Frank Rose (rocznik 1890) pochodził z rodziny francusko-holenderskiej. Jego ojciec Luis chociaż wychowany w tradycjach katolickich w pewnym momencie życia stał się gorliwym ateistą. Była to jakby religijność na opak. Ze względu na matkę, gorliwą katoliczkę, Frank bywał w dzieciństwie ministrantem.
Młodzi państwo Rose przybyli do Kalifornii ze względu na jej ciepły, łagodny klimat. Mieli trójkę dzieci – Helenę, Franklina i najmłodszego Eugeniusza. Eugeniusz Denis Rose urodził się 13 sierpnia 1934 roku podczas wielkiego kryzysu ekonomicznego. Jego matce po tamtych doświadczeniach pozostał trwały ślad w psychice. Obawiała się powrotu recesji a dzieciom starała się narzucić praktyczne i trzeźwe podejście do życia. W chwili narodzin Eugeniusza jego ojciec miał 44 lata, siostra 12 a brat 8. Mimo niedostatku i ciężkiej pracy był w rodzinie beniaminkiem.
W domu państwa Rose panował duch protestanckiej surowości narzucony przez matkę. Okazywanie uczuć było czymś bardzo nie na miejscu, dzieciom stawiano wysokie wymagania, starano się je wychować na ludzi dzielnych i zaradnych, kierujących się w życiu chrześcijańskim kodeksem moralnym. Silniejszą osobowością była matka i ona rządziła w domu. Frank, człowiek miękkiego charakteru, we wszystkim się jej podporządkowywał.
Najmłodsze z dzieci było ich największą radością. Cechy takie jak skromność, pokora, poprzestawanie na małym, cierpliwe znoszenie życiowych niewygód Eugeniusz odziedziczył po ojcu. Pracowitość, upór, praktyczność, lakoniczny sposób wyrażania się – po matce. Już w dzieciństwie otoczenie zwróciło uwagę na jego bystrość umysłową. Było to dzieciństwo jak najbardziej typowe. Będąc dzieckiem bawił się w kowboi, potem został skautem, z czasem zainteresował się baseballem. Od 6 roku życia uczył się grać na fortepianie.
Eugeniusz interesował się przyrodą i ogromnie ją lubił. Zgromadził całą kolekcję eksponatów z ośmiornicami i innymi mieszkańcami oceanu. Przeżywał też okres zainteresowania astronomią. Wcześnie zaczął dużo czytać. Zainteresowania intelektualne najwyraźniej odróżniały go od reszty rodziny. Ojciec czytał tylko gazetę, matka nazbyt zajęta była sprawami dnia codziennego. Wcześnie przeczytał Dickensa i jego Klub Pickwicka. Często matka przyłapywała go na czytaniu potajemnie książki w nocy, pod kołdrą przy pomocy latarki.
W niedziele Ester prowadziła dzieci do rożnych kościołów luterańskich, baptystycznych, metodystycznych, prezbiteriańskich. W każdym z nich śpiewała w chórze dopóki nie popadła w konflikt z pastorem, po czym zmieniała kościół. Ojciec, który zerwał we wczesnej młodości ze swoim kościołem, niekiedy towarzyszył żonie na nabożeństwach. Z natury nie był religijny. Pod tym względem nie wrodził się w niego najmłodszy syn. Od dzieciństwa znał dobrze Biblię, zapewne była to zasługa jego matki. Będąc w ósmej klasie Eugeniusz przyjął chrzest i konfirmację w kościele metodystów.
Jednak pod koniec szkoły jego zapał religijny jakby osłabł. Przyszedł wtedy okres na zainteresowanie naukami ścisłymi. Już w szkole podstawowej uwydatniał się podział na dzieci wywodzące się z bogatych rodzin, przyszłą elitę i całą resztę. Lecz do tej pierwszej grupy, bardziej ambitnych, zaliczało się też kilku chłopców z biedniejszych rodzin. Wśród nich – Eugeniusz.
Słuchali muzyki klasycznej a nowoczesna muzyka w stylu pop dla nich po prostu nie istniała. Lubili Mozarta, Beethovena, Brahmsa. Matka obserwując pęd syna do wiedzy kiedyś zażartowała: „Tyle czasu tracisz na książki, pewnie zostaniesz kimś ważnym”. Nie zdawała sobie sprawy, że właśnie wypowiedziała proroctwo (zresztą wszystkie matki na świecie mają tę nadzieję, że ich dzieci okażą się wyjątkowe). Eugeniusz odpowiedział matce w stylu mędrca: „Nie mamo, nie chcę być kimś ważnym, chcę być mądrym”.
Umysł miał Eugeniusz analityczny i pomimo wrodzonych zdolności dużo czasu poświęcał nauce. Obce mu było byle jakie odrabianie lekcji. W starszych klasach dały się zauważyć jego wybitne zdolności językowe. Na ogół Amerykanie nie uczą się języków obcych, nie odczuwają takiej potrzeby. Jednocześnie uczył się hiszpańskiego, niemieckiego i francuskiego. Kończąc szkołę potrafił pisać wiersze po niemiecku. Z matematyki był prymusem a jego nauczyciel przepowiadał mu nawet karierę w tej dziedzinie.
W roku 1952 Eugeniusz ukończył szkołę średnią w San Diego z wyróżnieniem. Nasuwało się pytanie, co robić dalej? Nie pociągała go zwyczajna kariera z amerykańskich marzeń – zarobić możliwie jak najwięcej w możliwie krótkim czasie a potem używać życia. Odczuwał swoją odmienność. Spacerując nad brzegiem Pacyfiku zadawał sobie pytanie: „Dlaczego jestem taki inny od rówieśników?” Już wtedy, w tak młodym wieku, Eugeniusz zmienił się w myśliciela poszukującego odpowiedzi na odwieczne pytania dręczące ludzkość, o sens ludzkiej egzystencji. Temu zagadnieniu będzie wierny przez cale życie a odnajdzie odpowiedź dopiero po latach żmudnych poszukiwań. Na razie przed nim czas burzy.

POCZĄTEK BUNTU

Jesienią 1952 roku Eugeniusz rozpoczął naukę w college’u w Pomonie. Na tle kolegów wyróżniał się wzrostem koszykarza (190 cm). W tych czasach Pomona cieszyła się sławą najlepszego college’u w całej Kalifornii. Było to centrum humanistycznego kształcenia. College założony został przez protestantów z Nowej Anglii na wzór Oxfordu. Poziom nauczania był odpowiednio wysoki, nacisk kładziono na studium indywidualne. Panował w nim duch konserwatyzmu. Pomona była spokojnym, pięknie położonym miejscem. Lazurowe niebo, klimat jak nad Morzem Śródziemnym, wszystko to sprzyjało pracy naukowej. W pobliskim miasteczku żyło tylko kilka tysięcy mieszkańców.
Młodzi ludzie, oczywiście, nie poświęcali całego swojego czasu nauce. Rozbijali się swoimi samochodami, chodzili na potańcówki, urządzali sobie pikniki nad oceanem, po prostu cieszyli się życiem. Ulubionym sportem był futbol. Wszystko to zupełnie nie interesowało Eugeniusza. Zwyczajne radości życia nie bawiły go, nazbyt dużo myślał. Patrzył na otaczający go świat okiem młodego filozofa, zastanawiającego się po co to wszystko?
Zapewne u wszystkich młodych ludzi pojawia się pytanie o sens życia. Jedynie jednostki kompletnie bezmyślne, egzystujące na poziomie niemal zwierzęcym, nigdy nie zadają sobie takich pytań. Lecz w przypadku Eugeniusza Rose „przeklęte problemy” jak mówił Fiodor Dostojewski, męczyły go w sposób szczególny. Musiał odnaleźć sens życia ponad jego biologicznym wymiarem. Bez tego nie mógł po prostu dalej istnieć. Nie oznacza to, że miał naturę mizantropa, uciekał od ludzi, ale ci co go znali wiedzieli jaką wewnętrzną walkę toczył w sobie przez całe lata, jak się z tym męczył.
W odnalezieniu tego wyższego sensu życia miał mu pomóc, jak sądził, jego analityczny umysł. Z zapałem studiował zachodnich filozofów myśląc, że w tej dziedzinie najpewniej znajdzie odpowiedź na swoje pytania.
W tamtych czasach wierzył w poznanie naukowe. Wszyscy wówczas tak sądzili – nauka jest kluczem do wszystkiego, da odpowiedź na wszelkie problemy trapiące ludzkość. Znacznie później miał się przekonać jak ograniczone i niedostateczne jest poznanie naukowe. W naukowym światopoglądzie nie było miejsca dla Boga. Był on co najwyżej niepotrzebną hipotezą.
Młody filozof w swojej pracy rocznej z tego przedmiotu pisał: „Żyć i cieszyć się życiem to sens ludzkiego istnienia… Człowiek powinien żyć dla szczęścia a niewygody znosić jako konieczny etap na drodze do szczęśliwszych czasów”. Autor tych słów już całkowicie odszedł od protestantyzmu w którym został wychowany. Odrzucił wraz z nim wszystko co było ideałem życia amerykańskiej klasy średniej, jej pojęcia o Bogu, życiu religijnym i rodzinnym szczęściu. Potrzebował czegoś innego niż suchy i formalny duch protestantyzmu. Ale gdzie to coś odnaleźć, gdzie szukać, nie miał pojęcia. Na razie narastał w nim młodzieńczy bunt. Był jak wulkan, w którym gotowało się wszystko przed wybuchem.
Młodzieńczy bunt, czy jest ktoś, kto go nie przeżywał w takiej czy innej formie. U młodych poszukujących własnej drogi życiowej jest zjawiskiem zdrowym i normalnym. Tylko że po odrzuceniu chrześcijaństwa czekał na młodych gniewnych syreni głos różnych proroków. Na początek Eugeniusz wpadł w sidła Fryderyka Nietzschego. Jego książka Tako rzecze Zaratustra wywarła na młodym poszukiwaczu Prawdy ogromne wrażenie. Dosłownie nim wstrząsnęła.
Z łatwością dostrzegł wiele podobnych cech u siebie i Nietzschego. Obaj byli introwertykami skupionymi bardzo silnie na swoim wnętrzu, żyjący w świecie własnych myśli. Obaj szukali w życiu wyższego ideału i wyszli ze środowisk protestanckich, z którymi zerwali więzi całkowicie. Cały współczesny protestantyzm wydawał im się nazbyt przyziemny.
Eugeniusz lubił czytać poezje Nietzschego, wiersze przepojone samotnością i melancholią. Najwyraźniej czuł, że znalazł w nim bratnią duszę. Pogrążał się coraz bardziej w pesymistycznym prometeizmie swojego nowego mistrza.

BIAŁE KRUKI

Paradoksalnie filozoficzne poszukiwania Eugeniusza zaczęły się od odrzucenia Boga, za którym tęsknił i którego poszukiwał. Czekała go jeszcze bardzo długa droga duchowych poszukiwań i zbłądzeń. Zrodził się w nim bunt nie tylko przeciwko Bogu, którego wówczas kategorycznie i radykalnie odrzucał ale i przeciwko samemu sobie. Był skrajnie niezadowolony ze swojego życia. Szukał jakby po ciemku, jakby poruszając się we mgle i popadał w coraz większy pesymizm i zniechęcenie. Słusznie mówi bł. Augustyn: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Przenikał go silnie odczuwany smutek istnienia a swoimi myślami mógł się dzielić jedynie z Alison.
Już podczas pierwszego ich spotkania Alison zwróciła przede wszystkim uwagę na bezbrzeżny smutek malujący się w oczach młodzieńca. W ten sposób zaczęła się ich dziwna przyjaźń jaka miała przetrwać lata mimo rozłąki. Wówczas spotykali się często w szerszym gronie takich samych jak i oni, „białych kruków”, których interesowało coś więcej niż tylko moda na sukces z amerykańskiego snu. Wszystkich łączyło zamiłowanie do sztuki, muzyki i literatury.
Pod pewnymi względami Alison była podobna do Eugeniusza, cicha, nieco zagubiona, wrażliwa natura. Wychowywała się w środowisku artystycznym. Jej matka była operową śpiewaczką a wuj pisał scenariusze filmowe. Dzieciństwo jej było tak pozbawione radości że nie chciała o nim wcale wspominać. Wychowana przy egoistycznej kapryśnej a jednocześnie bardzo wymagającej matce stała się dzieckiem zamkniętym w sobie i nieufnym wobec ludzi. W późniejszych latach polubiła poezję Elliota i pod jej wpływem powróciła do chrześcijaństwa.
Dla swoich przyjaciół Eugeniusz pozostawał pomimo wszystko postacią dosyć zagadkową. Niekiedy w głębokim zamyśleniu spacerował nocami. Nikt się wówczas nawet nie domyślał jaka głębia samotności, smutku i rozczarowania kryła się w ich cichym, skromnym przyjacielu. Jedyną osobą, która o tym wiedziała, była Alison.
Przyjaciółka stała się dla Eugeniusza jedynym człowiekiem przed którym odkrywał swoje serce, swoją zbolałą duszę. Od chwili pierwszego spotkania, intuicyjnie wyczuł ich duchowe pokrewieństwo. Na pierwszy rzut oka cóż mogło łączyć ją – wierzącą i praktykującą anglikankę – z nim nihilistą, uczniem Nietzschego. A pomimo wyraźnych różnic oboje doskonale się rozumieli. Nie czuli się nigdy dobrze w tłumie, zawsze trzymali się nieco na uboczu. W wielu sprawach rozumieli się świetnie bez słów, nie potrzebowali sobie wiele tłumaczyć.
Początkowo Eugeniusz myślał o studiowaniu matematyki, zgodnie z przepowiednią swojego profesora, lecz filozofia całkowicie zmieniła całe jego życie. Opuścił akademik i wynajął sobie pokoik na mieście. Pojawił się nowy problem, żeby go opłacać musiał szukać pracy. W tym pokoiku jego przyjaciele słuchali muzyki i długo dyskutowali, głównie o sensie życia – wspominała Alison. Sam gospodarz więcej słuchał niż mówił. Były też częste spory o Boga. Wtedy występował zawsze z ostrą repliką, jakby był osobistym nieprzyjacielem Stwórcy. Koledzy w takich chwilach zwykle milczeli a jak należy sądzić mistrz Nietzsche byłby zadowolony ze swojego wiernego ucznia.

POSZUKIWANIA

Podczas studiów filozoficznych Eugeniusz szybko zorientował się jak ograniczone w swojej istocie jest racjonalne myślenie. Nie mógł przyjąć punktu widzenia Huma z jego bezgraniczną wiarą w możliwości ludzkiego rozumu. Równie niewiele dała mu filozofia Schopenhauera. Pisał po latach: „Będąc studentem poszukiwałem w filozofii Prawdy i niestety jej nie znajdowałem. Zachodnia filozofia jest nudna w sposób niewymowny”. Nawet Nietzsche potrafił jedynie w duszy młodego człowieka zapalić żagiew buntu. Stawało się wówczas coraz wyraźniejsze, iż poszukiwania doprowadzą go znowu do religii.
W listopadzie 1953 roku, gdy Eugeniusz był na drugim roku, nawiedził Pomonę nadzwyczajnie wykształcony Anglik, który w przyszłości miał stać się wielkim guru całego młodego pokolenia, Alan Yotts. W latach czterdziestych kiedy był jeszcze anglikańskim księdzem zyskał sobie rozgłos jako współczesny teolog. W swojej książce Zobaczycie Ducha stwierdził: „Religia kościelna jest martwa duchowo. Należy zamienić ją na mistyczne poznanie antycznej mądrości”. W recenzjach zachwycano się publikacją tak niezwykle świeżą i odkrywczą. Jako jeden z pierwszych autorów zachodnich zwrócił uwagę na ważność religii orientalnych. Pomimo lawiny pozytywnych recenzji i ogólnej atmosfery zachwytu, w 1950 roku Yotts zmuszony został, na skutek protestów wiernych, opuścić swoją parafię a wkrótce definitywnie pożegnał się z Kościołem Anglikańskim.
W San Francisco były pastor anglikański znalazł się w charakterze wykładowcy na nowo otwartej uczelni zwanej Amerykańska Akademia Wiedzy o Oriencie gdzie od 1953 r był rektorem. Przebył bardzo charakterystyczną drogę: od chrześcijańskiego teologa stał się orientalistą i propagatorem buddyzmu zen.
Japonia została niedawno pokonana militarnie przez Stany Zjednoczone a obecnie szykowała się do małego rewanżu, przynajmniej w sferze ideologii. Na początku lat pięćdziesiątych buddyzm zen znany był w Ameryce tylko nielicznej garstce pisarzy i poetów, prekursorów późniejszych bitników. Wkrótce miał się stać obowiązkową duchową i intelektualną modą na uniwersyteckich kampusach jak Stany Zjednoczone długie i szerokie. Alan Yotts był tylko pierwszym skowronkiem, zapowiedzią mody na orientalne filozofie życia.
Eugeniusz wraz z przyjaciółmi naturalnie wybrał się na inauguracyjny wykład Yottsa w Pomonie. Było to pierwsze w ich życiu zetknięcie się z filozofią zenu. Dowiedzieli się na wstępie, że cała zachodnia filozofia, cały sposób myślenia do jakiego przywykli, w jakim zostali wychowani jest z gruntu fałszywy.
W szkołach – mówił wykładowca – uczą was myśleć przez pryzmat pojęć jakie sami sobie narzucamy. W buddyzmie zen cały ten zbędny balast zostaje na wstępie odrzucony. Pozostaje tylko bezpośredni kontakt z otaczającą nas rzeczywistością. Wykład zrobił na białych krukach duże wrażenie a już szczególnie na Eugeniuszu. Po raz pierwszy zetknęli się z tak radykalnie inną teorią poznania. Wyszli oczarowani, byli też pod wrażeniem encyklopedycznej erudycji wykładowcy.
Zen nie wymagał przyjęcia jakichś dogmatów czy rytuałów, świętych ksiąg, złożonych pojęć o Bogu, duszy czy niebiosach. Eugeniuszowi zdawało się wówczas, że znalazł wreszcie to, czego poszukiwał bezskutecznie studiując, nudną w gruncie rzeczy, historię filozofii zachodniej. Buddyzm zen dawał nowy sposób myślenia, nowe perspektywy, dające poczucie nadzwyczajnej intelektualnej wolności.
Eugeniusz znany był z łatwości z jaką przyswajał sobie języki obce. Dwa pierwsze lata poświęcił na pogłębienie znajomości francuskiego i niemieckiego a już na trzecim roku zabrał się za naukę chińskiego. Właśnie wtedy zdecydował się na zdobycie magisterium z języków orientalnych. Wiązało się to ściśle z jego nowym zainteresowaniem buddyzmem i filozofią orientalną. Łatwość z jaką do tej pory uczył się języków europejskich pobudziła jego ambicję do spróbowania swoich sił w nauce języka powszechnie uznanego za jeden z najtrudniejszych na świecie. Również pod wpływem buddyzmu zen Eugeniusz zainteresował się łucznictwem. Należał do tych szczęśliwców jacy na wszystkich polach działalności, jakimi się zainteresowali, odnosili sukcesy.
Na ogół Eugeniusz starał się unikać jak tylko mógł tego wszystkiego, co odciągało go od nauki. Niemniej brał udział w kilku wystawianych w collegu spektaklach. Zagrał króla Ajaksa w sztuce Sofoklesa oraz grał w sztuce Moliera wystawianej po francusku.
Wśród studentów Pomony był w tym czasie późniejszy indyjski pisarz Wed Meta. Stanowił on dokładne przeciwieństwo Eugeniusza. Przybysz z Indii, starał się za wszelką cenę stać się przynajmniej stuprocentowym Amerykaninem. Wstydził się swoich związków ze wszystkim co indyjskie. Eugeniusz – odwrotnie – miał powyżej uszu całej tej amerykańskiej kultury wraz z jej płytkimi ideałami. Poszukiwał czegoś głębszego, bardziej duchowego i miał nadzieję odnaleźć to na Wschodzie.
Jednym z jego przyjaciół był amerykański Japończyk Kajzo Kubo. Znalazł w nim także pokrewną duszę. Przeżył ciężko jego samobójczą śmierć. Powiedział potem: „Każdy nosi maskę, a co jest pod nią, nie wiadomo.”

NIE SKRYJESZ SIĘ PRZED BOGIEM

Eugeniusz miał zwyczaj często i długo pozostawać w milczeniu. Z Alison rozumieli się tak dobrze, że słowa nie były im potrzebne. Niekiedy patrzyli razem w nocne rozgwieżdżone niebo a on opowiadał jej o gwiazdach. Znał na pamięć wszystkie ich nazwy. Potrafił w sposób intrygujący mówić o zwyczajach ptaków. Lubił też ocean, nocne nad jego brzegiem spacery. Odpowiadało to Alison, dziewczynie wrażliwej o romantycznym nastawieniu do życia.
W takich chwilach mówił jej jak wszędzie czuje się obcy, jakby pochodził z innego świata, nikt go nie rozumie. Ale i on sam też nie zawsze siebie rozumiał. Alison odczuwała bardzo podobnie. Życie wydawało mu się bezcelowe. Odczuwał zwierzęcy lęk. Wydawało mu się, że wszyscy, nawet bliscy, go odrzucają. A przecież przyjąć człowieka można jedynie pojmując go i jego problemy. Nawet w rodzinie pomiędzy kochającymi go rodzicami, czuł się tak jakby nie pasował ani do tego czasu ani do miejsca.
Dla Eugeniusza cała współczesna cywilizacja, a w szczególności wszystko co symbolizowało postęp techniczny, była nie do zniesienia. Nie lubił samochodów, elektryczności, wszelakich mechanizmów, nawet zegarów – jak opowiadała Alison. Ona sama uważała się za anglikańską katoliczkę a w jego zachwycie nad buddyzmem zen widziała jedynie przejściową, studencką modę i nic więcej.
Za to Eugeniusz lubił jej powtarzać słowa Nietzschego: „Bóg umarł”. Pomimo wszystko jednak wierzył w jakiegoś, bliżej nie określonego, Boga. Według niego ludzie nie wierzyli w Boga, tylko w swoje o Nim wyobrażenie.
Alison starała się przekonać go do chrześcijaństwa a konkretnie katolicyzmu jako objawienia odwiecznej Prawdy. W odpowiedzi przyjaciel robił długi wykład – apologię zenu i przy okazji wyśmiewał chrześcijaństwo. Bynajmniej to nie przeszkadzało mu, po dłuższej przerwie, wypytywać Alison o różnice pomiędzy protestantyzmem a katolicyzmem. Ona sama miała niezbyt wysokie mniemanie o Kościołach powstałych w wyniku Reformacji a także i katolicyzm uważała za skażoną naukę chrześcijańską. Odstręczał ją dogmat o papieskiej nieomylności.
Próbując różnymi sposobami nawrócić swojego przyjaciela na chrześcijaństwo, Alison poleciła mu lekturę Braci Karamazow. Po jej przeczytaniu zmuszony był przyznać, iż Dostojewski zajmuje się dokładnie tymi samymi problemami co Nietzsche, lecz naświetla je z punktu widzenia wierzącego chrześcijanina. Zauważył też, że jako filozof rosyjski pisarz jawi mu się największym psychologiem w całej światowej literaturze.
Pomimo sporów z Alison Eugeniusza zachwycała jej naiwna, można powiedzieć dziecięca wiara dla niego niestety niedostępna. I chociaż tak diametralnie różnili się w poglądach, łączyło ich zainteresowanie wszystkim co duchowe. W duchowej biografii Eugeniusza Alison odegrała znaczącą rolę. Rzucone przez nią ziarno miało wydać obfity plon ale dopiero po latach. Pewnie w jakiś sposób, po swojemu, kochał dziewczynę, lecz ona odbierała to zupełnie inaczej. Wydawało się jej, że bardziej niż kocha po prostu jej współczuje. Tymczasem ona przez całe życie marzyła skrycie tylko o miłości, jakiej nie zaznała w dzieciństwie. Byli dziwną parą. Przyjaciele zauważyli nawet jakby pomiędzy nimi wisiał jakiś dziwny niewypowiedziany smutek.
Stosując się wiernie do nauk zenu Eugeniusz zrezygnował z udogodnień cywilizacyjnych, takich jak budzik i aspiryna. W tej sytuacji każdego ranka Alison zmuszona była przychodzić i budzić przyjaciela na wykłady. Chciał poprzez zen poznać samego siebie a poznał jedynie swoją grzeszność. Mówiąc inaczej buddyzm pobudził jego pragnienie a nie ugasił go.
Wydaje się, że tak naprawdę to Eugeniusz nigdy nie zwątpił w realność Chrystusa. Zbuntował się raczej przeciwko temu chrześcijaństwu jakie go otaczało. Chciał wierzyć ale nie mógł, nie potrafił. Charakterystyczny obrazek, zaczerpnięty ze wspomnień Alison. Całe towarzystwo białych kruków urządziło sobie piknik. Wszyscy, poza Alison, byli lekko na rauszu. Rozpoczęli poważny spór o istnienie Boga. Eugeniusz początkowo słuchał tylko w głębokim milczeniu, potem nagle wyskoczył i nieomal krzyczał: „Nie ma Boga, nie ma! Wszystko to są baśnie, brednie, rojenia. Jeśliby On był, nie męczyłby tych, którzy idą za Nim!” i zaczął ze śmiechem polewać Johna winem prosto z butelki mówiąc: „Jestem Janem Chrzcicielem”. Potem podniósł zaciśniętą pięść w stronę nieba i zaczął wymachiwać. „No widzisz, nic się nie stało” – powiedział do zasmuconej Alison.
Dla wszystkich pozostałych scena ta nie była niczym innym, jak tylko jeszcze jednym studenckim wygłupem. Tylko Alison nie dała się zwieść. Dobrze wiedziała – to było wyzwanie rzucone nieobecnemu Bogu. Jej przyjaciel był gotów nawet narazić się na wieczny gniew Boga tylko po to, żeby chociaż na jedną chwilę doświadczyć Jego istnienia.
Eugeniusza coraz bardziej męczyła duchowa pustka. Coraz chętniej sięgał po alkohol. Nigdy wcześniej Alison nie widziała kogoś, kto by tyle pił. Zapijał się a potem płakał jak dziecko. Nikt poza jedną Alison nie znał prawdziwej, istotnej przyczyny jego zachowań. Wszystkim wokół się zdawało, że Eugeniusz pije dla fantazji, dla przyjemności. Jak uważali, ze wszystkich studentów w Pomonie był najbardziej zagorzałym ateistą. Nie był po prostu niewierzącym jak agnostycy, lecz nieprzyjacielem Boga.

ŻEGNAJ ŚWIECIE

Jeżeli do Prawosławia Eugeniusza doprowadziła lektura książek Dostojewskiego, to do Chrystusa doprowadził go Bach – napisała później Alison. Nie przypadkiem Ojcowie Kościoła nazywali muzykę językiem duszy. Eugeniusz nawet więcej czasu poświęcał na słuchanie muzyki niż na czytanie książek. Po wspólnym obejrzeniu opery Borys Godunow Musorgskiego zauważył: „Niemcy wydawali mi się najbardziej głębokimi, jak się okazuje Rosjanie są o wiele głębsi”.
Jednakże w jego życiu największą rolę odegrał niemiecki kompozytor Jan Sebastian Bach. Słuchaliśmy najchętniej Bacha – wspomina Alison, całymi godzinami. Eugeniusz najbardziej cenił Pasję według św. Jana, Pasję według św. Mateusza, kantaty, oratorium Bożonarodzeniowe.
Z początku interesowała go wyłącznie muzyka, dopiero z czasem zaczął z coraz większą uwagą wsłuchiwać się w słowa. W ten sposób słuchał znowu słów znanej mu od dzieciństwa Biblii, przełożonych na muzykę, które głęboko zapadały w jego duszę. Szczególnie urzekła ich kantata numer 82, gdzie lejtmotywem jest temat śmierci. Tak polubili oboje tę muzykę, że za każdym razem kiedy Alison zbierała się do wyjścia, Eugeniusz mówił: „Może trochę muzyki na drogę” – i zawsze włączał jej tę płytę.
Alison cicho otwierała drzwi i wychodziła. Powtarzająca się scena miała okazać się prorocza dla ich życia. Czasem, mówił jej w porównaniu z przeżyciami jakich dostarcza muzyka, wszystko inne w życiu wydaje mu się nieważne i niepoważne.
Młody człowiek często myślał o śmierci i oczekiwał jej. Naprawdę miał już dosyć tego świata, który nie przyniósł mu nic więcej jak tylko gorycz cierpienia i niewymowny ból duszy. Już teraz był jakby umarły dla świata. A muzyka Bacha mówiła mu o istnieniu życia po przekroczeniu progu śmierci, mówiła o innym świecie. Napisał ją człowiek głęboko wierzący w Boga i nieśmiertelność duszy i te swoje odczucia przekazał potomnym w języku muzyki.
Alison była całkowicie przekonana, że to właśnie Bach pomógł jej przyjacielowi odnaleźć na nowo wiarę w Boga. Ten Bóg w pojęciu współczesnego protestanckiego chrześcijaństwa dla Eugeniusza umarł na zawsze. Lecz na to, co mu mówił o Bogu luterański kompozytor z XVIII wieku, nie można było pozostawać obojętnym. Muzyka docierała do najbardziej tajemnych zakątków jego duszy.
– Jest Bóg, czy go nie ma? – to zasadniczy dylemat w życiu człowieka. Rozum podsuwał mu jeszcze różne mądre teorie lecz dusza tęskniła do Boga żywego.

PRZEDSMAK PIEKŁA

W 1955 r kontynuując naukę w Pomonie Eugeniusz chodził dodatkowo na zajęcia w letniej szkole będącej kontynuacją Akademii Orientalistycznej w San Francisco, gdzie słuchał wykładów na temat analizy religii Wschodu i Zachodu. Wykłady w akademii dotyczyły religii, filozofii, psychologii, sztuki, socjologii. Wykładano tam sanskryt, hindi, chiński, arabski, japoński.
Zgodnie z zamysłem założycieli akademii miała się ona stać centrum nauczania nowego paradygmatu myślenia. Oficjalnie mówiło się raczej o przygotowaniu przyszłych biznesmenów i dyplomatów do pracy w krajach azjatyckich. Prawdziwym celem było wprowadzenie w obieg intelektualnego fermentu orientalnej myśli – hinduizmu, buddyzmu, taoizmu, przeniknięcie życia umysłowego młodych Amerykanów – jak to wyraził jeden z profesorów – azjatyckim mistycyzmem. Stu pierwszych studentów akademii miało w przyszłości zająć się popularyzacją tych idei. Akademia skupiała prawie wszystkich czołowych intelektualistów, pisarzy, malarzy z całej Kalifornii.
W 1956 roku Eugeniusz Rose z wyróżnieniem ukończył Pomonę i wstąpił na akademię orientalną w San Francisco. Dzięki temu miał okazję bardzo szybko poznać całą kalifornijską elitę intelektualną. Wiązało się to również ze snobistycznym chodzeniem do drogich hiszpańskich restauracji. Dzięki temu zwyczajowi nasz student stał się w bardzo krótkim czasie prawdziwym koneserem win.
Koncerty, wystawy, teatry – wszystko to pochłonęło go całkowicie. Zawsze wydawał się być mizantropem a teraz zaczął żyć jak wszyscy. W tamtych latach Kalifornia stała się światową mekką awangardy. Modne było pisać w sposób jak najbardziej mętny z całkowitym lekceważeniem wszelkich reguł a wiec z pominięciem znaków przestankowych, zasad gramatycznych, dobrych, co najwyżej, dla dzieci w szkole podstawowej i zwykłych zjadaczy chleba lecz nie dla elity intelektualnej. Myślową pustkę przesłaniano pozą na nauczycieli ludzkości.
Właśnie tam, w środowisku kalifornijskiej bohemy zrodziła się ideologia bitników, której następcami były „dzieci kwiaty” czyli hipisi. Narodziła się tutaj moda jaka w przyszłości obejmie nieomal cały świat. Akademia była kolebką tych wszystkich przemian. Na oczach Eugeniusza dokonywała się zasadnicza zmiana obyczajowa wśród młodzieży. Właśnie został odrzucony ideał tradycyjnego protestantyzmu z jego etosem moralnym wyniesionym z ich mieszczańskich domów. Na jego miejsce sławiono (i powszechnie praktykowano) wolną miłość, całkiem oficjalnie palono marihuanę i haszysz a w tych oparach rozprawiano o wyższości religii Sziwy, Kriszny i Buddy nad chrześcijaństwem, które było już przeżytkiem dla tych młodych ludzi, przypominało im komodę cuchnącą naftaliną u starej ciotki.
Daleki Wschód ogarniał wyobraźnię coraz większej rzeszy ludzi, stał się obowiązującą modą. Przyznawanie się do związków z buddyzmem-zen nobilitowało człowieka towarzysko, świadczyło, że ma on klasę. Zachodnie chrześcijaństwo uginało się pod brzemieniem swojej winy, prawdziwe wyzwolenie mogła młodzież znaleźć jedynie w medytacji i nirwanie. Nie potrzeba było wiele czasu, żeby się przekonać jak złudne okazały się te postępowe idee, niemniej na ówczesnej kulturze amerykańskiego społeczeństwa okres ten wywarł swoje piętno i już nic nie było takie samo jak wcześniej.
Żyjąc zgodnie z duchem czasu, Eugeniusz pozwalał sobie na wszystko i wlewał w siebie hektolitry alkoholu. Wino lało się rzeką. Nie cofał się przed niczym, nawet przed bluźnierstwami. A wszystko to powodowało w nim jeszcze większy smutek i ból duszy.
Zakazany owoc miał smak pełny goryczy. W liście do przyjaciela pisał: „Tak jestem chory, jak każdy, kto jest pozbawiony Bożej miłości”.
Nihiliści i egzystencjaliści w połączeniu z filozofią Dalekiego Wschodu stanowili dla duszy piekielną pułapkę. Zaczęły nawiedzać go myśli o samobójstwie jako jedynym ostatecznym rozwiązaniu zagadki życia. Przekonać się jak najprędzej czy jest coś po tamtej stronie zasłony, jaką jest śmierć. Byłoby to samobójstwo z powodów, rzec można, metafizycznych. Jak wiadomo moda na egzystencjalizm zaowocowała w świecie gigantycznym wysypem samobójstw wśród młodych ludzi. Nastroje pesymizmu są chorobą szczególnie zaraźliwą.
Przyjaciele coś tam podejrzewali, ale tak dokładnie nie bardzo wiedzieli, co dzieje się z Eugeniuszem. Pozostawał skrytym, zagadkowym nawet dla tych osób, które, jak się mogło wydawać, dobrze go znały. Tygodniami, nawet miesiącami, mógł się do nikogo nie odzywać, jakby nie chciał odkrywać jakiejś strasznej tajemnicy noszonej w sobie.
Od kiedy młody człowiek odrzucił życie zgodne z Bożymi przykazaniami zaczął doświadczać mąk piekielnych. Po latach przyzna się: „Byłem w piekle, wiem, co to jest”.
Jak się okazało filozofia Nietzschego to nie tylko zwyczajna abstrakcyjna idea. Odczuwał to już sam autor, gdy pisał: „Mam wrażenie bycia tylko narzędziem w rękach jakiejś ślepej siły, żeby pisać nie musiałem szukać słów, one same cisnęły się na papier, jakby ktoś je dyktował”.
Czegoś podobnego doświadczył Eugeniusz. Najpierw czytał długo Zaratustrę a potem poszedł na spacer. Nagle odczuł jak przeczytane słowa z wielką mocą w nim odżywały, słyszał je tak zupełnie, jakby ktoś wykrzykiwał mu je prosto w ucho.
Zdarzenie takie można próbować bardzo prosto objaśnić psychologicznie. Przemęczenie studenta spowodowało omamy słuchowe. On sam nie miał wątpliwości – oto znalazł się w rękach nieuchwytnej siły a ona zdawała się być osobowa.
Od tej pory nie mógł już mieć wątpliwości – jego dotychczasowy mistrz Nietzsche, prometejski buntownik przeciwko Bogu, stał się zabaweczką dla ciemnych mocy. Chcąc nie chcąc musiał stać się głosicielem szatana.
Eugeniusz już wiedział, że zbawienie jest w religii, tęsknił do Boga, ale amerykański protestantyzm wydawał mu się czymś zgoła nie do przyjęcia. Reformacyjne chrześcijaństwo było okaleczone, gdyż nie było w nim miejsca na ascezę i pokutę. Wielki grzesznik potrzebuje odpowiednio surowej pokuty. Dobrze rozumiało to średniowiecze. Zachodnie chrześcijaństwo już wtedy wydawało mu się niepełne i kalekie. Szedł do Boga poprzez ciemną dolinę rozpaczy i nie wiedział, dokąd idzie.
Już wówczas podejrzewał, iż droga do Chrystusa wiedzie przez cierpienie i Krzyż, tymczasem protestantyzm proponował chrześcijaństwo lekkie, łatwe i przyjemne w sam raz dla amerykańskiej klasy średniej lubiącej wygodne życie. Sam o tym nie wiedząc był Eugeniusz mistykiem, tęskniącym do Boga a pozostającym ciągle w duchowym mroku, przebywającym stale na bezdrożach duchowej pustyni.
Zdawał sobie z tego sprawę, lecz nie znajdował wyjścia. Dalej brnął przez błoto grzechów. Zrozumiał metafizyczne zło, jakie kryje się w nihilizmie. Grzeszne życie, bezmyślność, smutek, całe to morze zła, w którym tonie nie tylko Ameryka i cały współczesny świat, dzięki łasce potrafił odrzucić. Na razie Eugeniusz przeżywał swoje piekło: „Tego, co doświadczałem w tamtym okresie nikomu bym nie życzył” – powiedział później.

PRAWDA PONAD WSZYSTKO

Młodemu studentowi towarzyszyło przekonanie, że wszystko to, co dotychczas poznał jest niczym w porównaniu z prawdziwą mądrością. Na obecnym etapie odkryciem dla niego stały się dzieła francuskiego metafizyka Rene Gennona (1886-1951). Bez tej lektury dalszy jego duchowy rozwój byłby niemożliwy. Napisze później: „Mój światopogląd ukształtował się pod wpływem Gennona. Dzięki niemu nauczyłem się szukać i kochać Prawdę, stawiać ją ponad wszystko i niczym innym się nie zadowalać”. Była to postawa godna rasowego filozofa.
Od czasów tej lektury młody poszukiwacz Prawdy zaczął inaczej patrzeć na całą otaczającą go rzeczywistość. Nauczył się teraz szukać związku każdej rzeczy z odwieczną Prawdą. Zrozumiał, że ani materializm, ani nauka nie są w stanie udzielić odpowiedzi na pytania ludzkiego serca. Podobnie jak Kiriłłow w Biesach Eugeniusz sam nie wiedział, dlaczego wierzy. Łączyło się to w przedziwny sposób z jego studiami nad literaturą starochińską i odkryciem dla siebie księgi Tao-te-king autorstwa Lao-tsy. Poważne studia nad taoizmem w nieoczekiwany sposób przygotowywały go do chrześcijaństwa. Szukał dalej swojej drogi a inspirację wciąż jeszcze odnajdywał na Dalekim Wschodzie. Wciąż było daleko do powrotu do domu Ojca, ale już było wiadomo – to musi nastąpić.

DWAJ NAUCZYCIELE

Dopiero latem 1955 roku Eugeniusz poznał buddyjskiego mnicha, który zaprowadził go do japońskiej dzielnicy w San Francisco i pokazał mu świątynie buddyjskie i szinto. Przy okazji poznał też różne sekty japońskiego buddyzmu (tendai, szingon, nicziren).
Tak naprawdę Eugeniusza najbardziej zaintrygował buddyzm tybetański (lamaizm). Nie tylko jego ikonografia, lecz i doświadczenie duchowe. Szczególnie uważnie studiował tybetańską Księgę Umarłych. Przez całe życie bardzo interesował go problem śmierci, dużo o tym czytał i mówił. Według Ojców Kościoła pamięć o śmierci jest pamięcią o Bogu. Możliwe, że właśnie dlatego współczesny świat stara się zapomnieć o jednym jak i drugim.
W pewnej mierze interesował się metafizyką indyjską. Od niej jednak odstręczali go bogowie hinduskiego panteonu. Najbardziej z tej dziedziny zainteresowały go dwie kwestie, ideał świętego w hinduizmie oraz pojęcie kali jugi. O wiele bardziej niż hinduizm i buddyzm przemawiał do niego taoizm. Lao-tsy był dla niego ideałem świętości, mądrości i ascezy, pustelnikiem, który udał się w góry, aby żyjąc w pełnej harmonii z przyrodą, zrealizować swoje Tao.
Wówczas nastąpiło wyzwolenie się Eugeniusza spod wpływu Yottsa. Nazwał go później gabinetowym buddystą. Doceniał inteligencję byłego anglikańskiego duchownego, lecz on poszukiwał bezkompromisowo Prawdy a nie utalentowanych inteligentnych mówców potrafiących z dużym znawstwem i talentem godzinami przykuwać uwagę słuchaczy opowiadaniami o mistrzach zenu i niewątpliwej wyższości buddyzmu nad całą tradycją zachodniego chrześcijaństwa.
Wkrótce Yotts stal się głównym wielkim mistrzem nowej kultury i jako hippies głosił pochwałę wolnej miłości, narkotyków i życia chwilą, co właśnie nazywał buddyzmem-zen. W rzeczywistości nigdy nie był naukowcem z prawdziwego zdarzenia, chociaż jego książki były czytane przez młodzież jak nowe objawienie.
Zupełnie inną osobowość miał Eugeniusz. Nie mógłby nigdy bawić się teoriami po to, żeby później swobodnie je odrzucać. Jego podejście do życia było nazbyt na serio. Jeszcze gwiazda Yottsa, jak się zdawało świeciła na firmamencie pełnym blaskiem, wydawano jego książki w mega-nakładach a tysiące młodych ludzi widziało w nim swojego guru, gdy on sam staczał się coraz bardziej. Nadużywanie wszelkich przyjemności, osławione życie chwilą, w krótkim czasie zrujnowało mu całkowicie zdrowie. Dołączył się do tego alkoholizm. Zmarł w roku 1974 a Eugeniusz zastanawiał się ile to dusz, nie licząc własnej, zgubił.
Aby naprawdę zgłębić taoizm Eugeniusz sam potrzebował mistrza, kogoś, kto byłby prawdziwym nosicielem tej tradycji. Nie wystarczyło samo studiowanie książek. W końcu znalazł takiego w osobie Żi-Min-Szena. Jak nikt znał on chińską filozofię. Przez kilka lat przebywał w taoistycznym klasztorze. Z ludowych Chin musiał uciekać z obawy przed komunistami. Potrafił cytować z pamięci całe dzieła chińskich klasyków.
Eugeniusz polubił serdecznie swojego profesora za jego taoistyczną mądrość, widział w nim nieomal świętego. Dzięki znajomości z tym przedstawicielem chińskiej duchowej tradycji zrozumiał zasadniczą różnicę pomiędzy nauczycielem z prawdziwego zdarzenia a zwyczajnym sobie akademickim wykładowcą.
Wspominając później ludzi jakich znał, Eugeniusz stawiał Żi-Min-Szena wśród nich na pierwszym miejscu. Teraz, pod jego kierunkiem zaczął studiować chiński w odmianie klasycznej. Razem tłumaczyli Tao-te-king na angielski. Była zasadnicza różnica pomiędzy wykładami Yottsa a tego chińskiego mędrca. Pierwszy komentował jedynie różne poglądy przez pryzmat własnych mniemań, Chińczyk przekazywał tradycję, której był przedstawicielem i nosicielem. Filozofię pojmował jako naukę o dobru, wierności, uczciwości i miłości. Mistrz był zwolennikiem taoizmu i konfucjanizmu, lecz nie buddyzmu, jako nauki przyniesionej do Chin z zewnątrz. Pod jego wpływem osłabł pierwotny entuzjazm Eugeniusza dla buddyzmu zen. Wydał mu się teraz znacznie mniej interesujący w porównaniu z klasyczną filozofią chińską.
Naturalnie chiński profesor był antykomunistą. Najbardziej potępiał nienawiść, jaką ze sobą niosły nowe władze chińskie. Mówił, że postęp społeczny nie dokonuje się skutkiem walki klas, lecz odwrotnie poprzez miłość bliźniego, czego nauczała, według niego, dawna chińska mądrość. Od takiego poglądu niedaleko było do chrześcijaństwa. Pokój może dać tylko miłość a walka klas jedynie nienawiść, źródło wojen i zła.

PO DRODZE TYLE RZEK

Akademickie wykłady nie były dla Eugeniusza czymś wystarczającym. Chciał poznawać jak najwięcej z tradycji filozoficzno-mistycznych. W tym celu zaprzyjaźnił się z ortodoksyjnym Żydem, który wprowadził go w świat chasydyzmu i pod jego wpływem zaczął czytać współczesnego żydowskiego filozofa-tradycjonalistę Martina Bubera. Najbardziej podobała mu się książka Baal Szem – zbiór chasydzkich mądrości i historia życia założyciela ruchu. Zdecydowanie mniej podobali mu się kalifornijscy neohinduiści. Zorientował się, iż zachodnia wersja wedanty to nic innego jak tylko kolejny pseudo-religijny kult.
Skoro Eugeniusza pociągały wszelkie możliwe mistycyzmy sięgnął i do wschodniego chrześcijaństwa. Przewodnikiem okazał się Kris Lowdzijew – niemłody już Serb pozostający pod wpływem filozofii N. Bierdiajewa. Wśród swoich przyjaciół miał Eugeniusz kilku prawosławnych. Jeden z nich zapoznał go ze zbiorem Filokalia2 oraz książką Opowieści pielgrzyma3 . Wówczas jednak do prawosławia podchodził bardzo płytko.
Ten sam znajomy, który podesłał Eugeniuszowi Filokalia zaprosił go na prawosławne nabożeństwo. Argumentował tak: skoro interesujesz się Wschodem, dobrze byłoby przyjrzeć się też wschodniemu chrześcijaństwu.
W samym centrum San Francisco stoi rosyjski prawosławny sobór4 Matki Bożej Wszystkich Strapionych Radość, nazywany obecnie starym soborem. Wcześniej był to kościół episkopalny. Eugeniusz trafił do soboru akurat w prawosławny Wielki Piątek. Przed złoconym ikonostasem świeciły się rubinowe lampady oświetlające Chrystusa i Bogurodzicę. Z góry z chóru słychać było cudowny śpiew w nieznanym Eugeniuszowi języku. Na podwyższeniu pośrodku świątyni zobaczył maleńkiego, zgarbionego staruszka z białą brodą w liliowych szatach liturgicznych,
Był to arcybiskup Tichon. Stał pogrążony w modlitwie z zamkniętymi oczyma. Wszystko to zrobiło na gościu wrażenie, jakiego nie można porównać z czymkolwiek innym. Zobaczył, że nabożeństwo to nie machinalnie spełniane rytuały a stan głębokiej modlitwy. Zapadło to wszystko bardzo w jego duszę. Nie tylko piękno starych śpiewów i klasycznych ikon. Zobaczył coś, co nie jest z tego świata. Z szumnego amerykańskiego miasta, z rozgwaru ulicy wszedł tutaj i nagle znalazł się w miejscu pełnym pokoju i Boskiego światła, jakby jego dusza przekroczyła już próg wieczności.
Dwadzieścia lat później Eugeniusz pisał: „Kiedy przestąpiłem próg rosyjskiej cerkwi w San Francisco stało się ze mną coś niezwykłego, czego nie doświadczyłem do tej pory w świątyniach innych religii ani w buddyjskiej ani żadnej innej. Serce podpowiadało: to jest twój dom. W jednej chwili przyszło zrozumienie, znalazłem to, czego tak długo szukałem. Nie mogłem sobie niczego wyjaśnić, przecież nabożeństwa nie rozumiałem”.
Wrażenia ze służby w rosyjskim soborze nie od razu odmieniły światopogląd Eugeniusza. Dopiero zostało posiane w jego duszę ziarno, które z czasem przyniesie plon zwielokrotniony. Miały minąć jeszcze dwa lata zanim poznał Tego, Który, jak się wydawało patrzył prosto w jego duszę z ikony w soborze.
W nawróceniu Eugeniusza duże znaczenie miało doświadczenie zła. Poprzez lekturę Nietzschego, tego proroka człowieka-Boga, pojął istnienie metafizycznego zła. Wówczas zatęsknił do metafizycznego Dobra, do Boga. Dla niego Antychryst to nie była legenda ani alegoria. „Kiedy się przekonałem, że Antychryst istnieje i działa, zrozumiałem, że powinna być inna, przeciwstawna jej moc i że jest nią Chrystus”. Nie było to jeszcze przylgnięcie do Zbawiciela, na to należało jeszcze trochę poczekać.
Tymczasem w Akademii nastąpiły znaczące zmiany. Dostała się pod wpływy teozofów a nauka, jako taka, zeszła przynajmniej na drugi plan, teraz przeważała ideologia. Wiosną 1957 roku Żi-Min-Szen został zmuszony do opuszczenia uczelni a wraz z nim uczynił to samo, zgodnie z tradycją wschodnią, jego wierny uczeń. W ten sposób stał się studentem bez uniwersytetu. Jak na razie, profesor udzielał mu prywatnych lekcji w San Francisco a uczeń pełnił rolę jego sekretarza i pomocnika.
Jesienią tegoż samego roku, nie zrywając całkowicie kontaktów ze swoim ulubionym chińskim profesorem Eugeniusz zapisał się na uniwersytet w Berkeley celem ukończenia studiów ze stopniem magistra orientalistyki.
Uniwersytet w Berkeley to centrum życia naukowego w Kalifornii. Studiowało na nim około 20 tys. osób. Panował tutaj powszechnie duch sceptyzmu wobec chrześcijaństwa. Nasz bohater zajął się nie chińską filozofią a językiem starożytnych Chin. Dodatkowo zapisał się na kurs języka japońskiego, staro-greckiego i łacińskiego. Najwyraźniej szykował się z niego kompetentny językoznawca a sam chiński w odmianie mandaryńskiej nie wydawał mu się wcale taki trudny, jak się powszechnie uważa. Jeszcze raz dały znać o sobie ujawnione wcześniej fenomenalne zdolności językowe.
Wybitnych sinologów uważał za wyjątkowych nudziarzy, dziwił się tylko, że im samym nie obrzydły do reszty Chiny, widziane przez pryzmat ich wykładów. Za to rozmowy z Żi-Min-Szenem to było jakby picie wody u samego źródła. Należy sądzić, że to właśnie wówczas wykrystalizowały się jego krytyczne poglądy na uniwersytecką naukę.
Latem 1958 r. Żi-Min-Szen wyjechał do Nowego Jorku. Teraz Eugeniusz pozostał sam bez nauczyciela. W takiej sytuacji dalsze prawdziwe studiowanie filozofii chińskiej stało się dla niego praktycznie niemożliwe. Przez cały czas poszukiwał Prawdy a na uniwersytecie były, co najwyżej, prowadzone jałowe, akademickie dyskusje.
Nie cierpiał współczesnej cywilizacji. Nawet nie lubił jeździć autobusem, wolał chodzić pieszo, nie oglądał telewizji, która na długie godziny hipnotyzowała miliony Amerykanów śledzących z zapartym tchem najnowsze przygody bohaterów kreskówek Walta Disneya. Nie miał też większych złudzeń co do demokracji, uważał ją za władzę głupców i cwaniaków nad tłumem. Obce mu było zarówno społeczeństwo amerykańskie jak i wszyscy, co głośno przeciwko niemu występowali. Instynktownie, samotny wilk, szukał własnej ścieżki.
Nic nie łączyło go także z bitnikami, jacy właśnie pojawili się tłumnie na kalifornijskich plażach. Wychowany na muzyce klasycznej Eugeniusz nie lubił jazzu ani modnych koncertów na bębnach. W tłumie czuł się zawsze samotny. Lecz czyż nie taki los przypada filozofom wszystkich czasów? Jeżeli jakiś pogląd był ogólnie przyjmowany, dla niego oznaczało to jedno, należy mieć się na baczności.
Nie minęło wiele czasu a ruch hipisowski stał się tylko turystyczną atrakcją, wieczną maskaradą, paradą wolnej miłości. W szeregi ideowych hipisów wmieszały się jakieś podejrzane, brodate indywidua, często o kryminalnej przeszłości, będące na noże z całym światem. Ruch hipisów wkrótce rozczarował wielu z tych, którzy nazbyt serio podeszli do całej zabawy i szukali w nim rozwiązania swoich egzystencjalnych problemów. Namiastka buddyzmu zen nie okazała się odpowiednim lekarstwem na ból serca młodych Amerykanów, tych, co rozpoczęli pielgrzymkę do wyśnionej nirwany, jaką najłatwiej można było osiągnąć w oparach narkotyków. Kiedy fala ruchu hippies opadła, na kalifornijskich plażach pozostało wiele ludzkich wraków i tych, co przedawkowali w drodze do krainy szczęścia. Choroby, głównie weneryczne, wśród kultywujących programowy brak higieny hipisów, zbierały obfite żniwo. Pozostawało tylko cierpienie bez końca i bez sensu, narkotyczny głód LSD, zachwalane jako cudowne lekarstwo na cały ból świata, które nie dawało jednak prawdziwego ukojenia.
Wszystko, co miało być nową kulturą okazało się zwykłą farsą. Dla Eugeniusza samo miasto było symbolem wszelkiego zła. Miasto – wszystko pożerający moloch – od którego nie ma ucieczki. Ziemię zamienia w asfaltową dżunglę a ludzi w bezduszne roboty. Widział jak pociąg jego życia z wielką szybkością jedzie prosto do piekła i nie ma sposobu wyrwania się z niego. Nazbyt był od tego świata uzależniony i nie potrafił porwać tych zależności. Wówczas jednak już zrozumiał – to Chrystus jest jedynym wyjściem.

WCIELONA PRAWDA

Po pierwszej bytności w prawosławnym soborze, Eugeniusz odwiedzał go jeszcze kilka razy. Coś go w tajemniczy sposób ciągnęło do tego miejsca. Zaglądał też do innych cerkwi. Był na nabożeństwie paschalnym, bez którego nie zrozumie się prawosławia. W porównaniu z prawosławnymi, świątecznymi nabożeństwami, z których na razie jeszcze niewiele rozumiał poza nastrojem, życie wokół wydawało się jeszcze bardziej mroczne i beznadziejne.
„Tak długo Eugeniusz – pisała Alison – uciekał od Boga. A czym więcej grzeszył przeciwko Stwórcy, tym bardziej On szedł po jego śladach. W końcu Eugeniusz nie miał już siły uciekać i poddał się. Dopiero wówczas książki Dostojewskiego – podsuwane niegdyś przez Alison – odkryły przed nim całą swoją duchową głębię. W Iwanie Karamazowie rozpoznał samego siebie”.
„Człowiek wątpiący ma dwie możliwości: albo w nieskończoność zadawać pytania, albo też szukać na nie odpowiedzi w modlitwie, pokorze i posłuszeństwie” – pisał Eugeniusz w artykule Odpowiedź Iwanowi. „Przyjmij wszystko, co dla ciebie przygotowano i ukorz się”.
Przez wiele lat Eugeniusz na różnych drogach szukał Prawdy i nie znajdował jej ani u zachodnich filozofów ani w religiach orientalnych. Teraz, kiedy zetknął się z Prawosławiem, zrozumiał, że Prawda jest zupełnie inna niż on ją sobie wyobrażał. „Dla mnie otworzyło się Prawosławie i prawosławni ludzie i ja pomaleńku zacząłem rozumieć. Prawda to nie jest po prostu abstrakcyjna idea. Ma ona swoje konkretne wcielenie, jest osobowa. W taki to sposób przyszedłem do Chrystusa”.
Dopiero Prawosławie – chrześcijaństwo w całej swojej pełni – odkryło przed nim pełnię Prawdy, niezmącony obraz Jezusa Chrystusa. Wcześniej nic go nie zadowalało. Teraz, kiedy tylko nieco zaznajomił się z prawosławiem, serce od razu mu podpowiedziało: „tutaj jest twój dom, twoja duchowa ojczyzna”. Chociaż jego umysł nie od razu zgodził się z tym.
Wstępując na drogę Prawosławia Eugeniusz jeszcze bardziej zamknął się w sobie, aby przemyśleć swój krok. Znajdował się, jakby powiedział bł. Augustyn w zwątpieniu i wierze. Mroki powoli się rozstępowały i już widać było na horyzoncie pierwsze brzaski światła. W Chrystusie wszystkie jego cierpienia nabierały teraz sensu. Zrozumiał, że człowiek jest bytem przygotowanym na wieczność.

ŻEGNAJ

Rodzice Eugeniusza nic nie wiedzieli o rosyjskim Prawosławiu i nie mogli nic z tego pojąć, o czym im teraz ich syn opowiadał. Ojciec był przekonany, że chodzi o Kościół rzymsko-katolicki, w którym sam został wychowany. Powiedział synowi, że już dawno zauważył jego skłonność do katolicyzmu i nie widzi w tym niczego złego. Matka początkowo ostro sprzeciwiła się nowemu zainteresowaniu syna. Do końca swoich dni nie mogła zrozumieć, dlaczego w końcu syn został komunistą. Rosyjski Kościół mógł jej się kojarzyć wyłącznie z komunistami i zimną wojną, której tak się bała. Jej mąż, będąc synem socjalisty, dostrzegał pewną subtelną różnicę. Ester bała się czerwonych, czyli ruskich i wszystkiego, co ruskie. Komunistyczny Kościół był dla niej jakimś nieporozumieniem i do tego jej ukochany syn wmieszał się w to wszystko.
Z Alison w tym czasie tylko korespondowali. Jego wcześniejsze listy z okresu goryczy tak ją zasmucały, że nie była w stanie ich czytać i od razu wrzucała do kominka. Później zauważyła jego powrót do chrześcijaństwa, co ją wielce ucieszyło. Napisał jej, że od momentu przyjścia do chrześcijaństwa modli się za nią codziennie. Odpisała: „ja też się za ciebie modlę”. I tak miało już pozostać na wiele lat.
Na okres ferii bożonarodzeniowych roku 1959 Eugeniusz zaprosił Alison do rodzinnego domu. Mieszkali wówczas w nowym domu nad przepięknym kalifornijskim wybrzeżem w miasteczku Karmel. Atmosfera wytworzyła się trochę ciężka z powodu Ester, która jako kobieta praktyczna, starała się wytyczyć synowi przyszłość zgodnie z własnymi wyobrażeniami o szczęśliwym życiu. Chciałaby, żeby był taki jak wszyscy inni wokół – założył nareszcie rodzinę i realizował amerykański sen o szczęściu. A on, niestety, był zupełnie inny. Całkowicie nie pasował do matczynych wyobrażeń.
Spacerowali, słuchali muzyki Bacha. Nie wspominali nawet dawnych czasów z okresu pobytu w Pomonie. Eugeniusz jakby zrzucił stare liście i nie wracał już do nich. Za to dużo opowiadał Alison o Kościele Prawosławnym, który pomógł mu zmienić dotychczasowe życie. Jednego razu zawołał: „Prawosławie lepsze jest od Bacha”. Takie było jego nowe wyznanie wiary.
Oczywiście zaprosił przyjaciółkę na św. liturgię do cerkwi. Zgodziła się, ale najpierw chciała być obecna na mszy w kościele episkopalnym. W ten sposób niemal całą niedzielę spędzili na nabożeństwach. Alison była naprawdę zachwycona pięknem prawosławnego nabożeństwa, lecz wytrzymała je z ledwością, było to prawie ponad jej siły, zwłaszcza, że nie można było siedzieć a przez cały czas trzeba było stać.
W tamtych czasach Eugeniusz nie miał jeszcze sprecyzowanych planów życiowych. Niejasno widział siebie jako duchownego, od zwyczajnego życia świeckiego był jak najbardziej daleki. Ale co robić, sam jeszcze tego nie wiedział. Można przypuszczać, że Alison nie wykluczała ich małżeństwa. Podczas tego wspólnego pobytu w rodzinnym domu przyjaciela przekonała się jak dalece jest on nie z tego świata.
Pół roku później spotkali się jeszcze raz latem 1960 r. w Long Beach. Oboje już wiedzieli – pomimo wzajemnego przywiązania nie będą razem. Żadne nie wypowiedziało słowa „żegnaj”, tylko oboje czuli – to jest już ich ostatnie spotkanie. Chociaż korespondencja pomiędzy nimi miała się ciągnąć jeszcze latami, w tym życiu nie mieli się już więcej spotkać.

PRAWDA CZY MODA

Od kiedy Eugeniusz na powrót stał się chrześcijaninem zaczął być jeszcze większym konserwatystą, przeciwstawiającym się wszystkiemu, co niosła z sobą nowa kultura. Przejawiało się to także w jego stroju, wyglądał na zubożałego arystokratę.
Pisał swoją pracę magisterską a jednocześnie wykładał jako asystent na Akademii, co dawało mu środki niezbędne na utrzymanie. Przez cały czas poznawał głębiej rosyjskie Prawosławie nie porzucając swoich studiów nad chińską kulturą, językiem, sztuką i filozofią. Właśnie tutaj, w Berkeley poznał znawcę chińskiej filologii w osobie prof. Piotra Aleksjewicza Budberga (1903-1974). Urodzony we Władywostoku, w 1915 r. trafił do Mandżurii, gdzie zaczął samodzielnie uczyć się chińskiego. W 1920 znalazł się na emigracji w Kalifornii i związał się z uniwersytetem w Berkeley. Profesor wywodzący się ze starego rodu baronów kurlandzkich, był jakby odblaskiem starego świata. Od kiedy Eugeniusz zaczął interesować się Prawosławiem zbliżyli się do siebie. Chociaż wychowany w tradycji prawosławnej, profesor był raczej agnostykiem i nie odczuwał potrzeby chodzenia do cerkwi. Być może podporządkowywał się modzie panującej na liberalnym amerykańskim uniwersytecie. Dla państwa Budbergów zachwyt młodego Amerykanina nad rosyjskim Prawosławiem był czymś zupełnie niezrozumiałym, żeby nie powiedzieć – egzotycznym. Patrzyli oni na dziedzictwo religijne wyłącznie jako część ludowego folkloru nawet ładnego, ale nie godnego ludzi z inteligencji. Warto zaznaczyć, że rosyjska inteligencja już przed rewolucją w swojej większości była mocno zdechrystianizowana i nieprzypadkowo sama nazwa chrześcijanin w języku rosyjskim wiąże się etymologicznie z wyrazem chłop. Na pewno podejście młodego asystenta do Prawosławia było głębsze i poważniejsze niż znacznej części rosyjskiej emigracji pragnącej w Nowym Świecie jak najszybciej pozbyć się bagażu przeszłości i stać się typowymi Amerykanami.
W coraz większym stopniu Eugeniusza rozczarowywało życie naukowe na uniwersytecie. W obecnych czasach praca naukowa nie ma żadnego związku z poszukiwaniem Prawdy, bo współczesny sceptyk odrzuca samo pojęcie Prawdy obiektywnej, każdy z nas ma swoją własną prawdę a jeśli tak, to nie pozostaje nic innego jak tylko starać się dogonić akademickie zmieniające się mody. Takie podejście do pracy naukowej, rozumianej jedynie jako droga do awansu w uniwersyteckiej hierarchii, nie satysfakcjonowała Eugeniusza. Jego rozczarowanie uniwersytetem stanie się podstawą do późniejszej niechęci wobec całej tzw. teologii akademickiej, do której zupełnie nie miał zaufania.
Na obecnym etapie Eugeniusz zabrał się za intensywną naukę języka rosyjskiego, co przychodziło mu z wrodzoną łatwością, chociaż do końca swoich dni mówił po rosyjsku z amerykańskim akcentem. Regularnie chodził teraz na niedzielne nabożeństwa do soboru. A pomimo tego, chociaż jego znajomość Prawosławia stale się pogłębiała bał się stać poprzez chrzest członkiem Cerkwi.
Obawiał się, że ten Kościół, ten skarb odnaleziony, będący dla niego niebem na ziemi, przy bliższym poznaniu okaże się tylko jeszcze jedną organizacją religijną, jakich tysiące, stawiającą sobie za cel jedynie zapewnienie godziwego utrzymania swoim urzędnikom. Nie pragnął stać się jednym z nich i bardzo obawiał się, ażeby Kościół mu nie spowszedniał.
Wśród prawosławnych myślicieli poznał prace Kirejewskiego, Chomiakowa i Leontiewa oraz znanych na Zachodzie Sołowjowa i Bierdiajewa, chociaż dwaj ostatni w znacznej mierze odeszli od Prawosławia. A już prawdziwym wstrząsem dla Eugeniusza okazała się być lektura słynnej Opowieści o Antychryście Sołowjowa5 . Czytał też katolickich autorów, takich jak: Etiene Gilson Danielou i Henry de Lubac; jak uważał, znajdowali się oni niedaleko od Prawosławia.
Pewien wpływ wywarła na niego Siedmiopiętrowa góra Tomasza Mertona, pokazująca młodego amerykańskiego sceptyka, nawracającego się na katolicyzm a potem zamykającego się w surowym klasztorze trapistów. Być może to właśnie Merton najwcześniej ukazał mu ideał życia monastycznego. W przyszłości duchowa ewolucja Mertona, prowadząca go od chrześcijaństwa do buddyzmu boleśnie rozczarowała Eugeniusza, gdyż był to także jeden z jego mistrzów duchowych.

KONIEC ŚWIATA NIEUNIKNIONY

Przyjęcie Prawosławia było długą drogą. Eugeniusz zaczyna zapisywać swoje rozmyślania na temat życia chrześcijańskiego i cierpienia we współczesnym świecie. Widział, że społeczeństwo, w którym żyje oddaliło się od Boga i zdradziło Go. Widać to w upadku kultury i degradacji człowieka traktowanego jedynie jako przedmiot. Jak w tej sytuacji mówić można o postępie? Jakże naiwną okazała się wiara, że ten świat będzie coraz lepszy, bo coraz lepiej urządzony przez mądrych ludzi. Duch Antychrysta panujący w świecie, to nie jest tylko po prostu duch Bogu przeciwny. Szatan często przybiera postać anioła światłości. Pewne chrześcijańskie idee, jak braterstwo, miłosierdzie, jedność i równość będą propagowane w celu zbudowania tutaj na ziemi królestwa wiecznej szczęśliwości a skończy się to jeszcze większymi cierpieniami wielu ludzi i nowym rozczarowaniem.
Ile razy na ziemi podejmowano próby budowania królestwa niebieskiego w oparciu o ludzkie siły i możliwości zawsze okazywało się ono wcale nie rajem na ziemi, ale prawdziwym piekłem. Przykład komunizmu i hitleryzmu winien być dla przyszłych pokoleń wystarczająco groźną nauczką! Dzisiaj środki techniczne pozwalają na zbudowanie takiego totalitaryzmu, przy którym koszmar sowieckich łagrów i niemieckich obozów koncentracyjnych będzie tylko skromną uwerturą.
Nieunikniony koniec świata był dla Eugeniusza oczywistością. Realizm myślenia Kościoła każe mu mówić ludziom o nieuchronnej śmierci jako naszej drodze do innego świata a także o końcu tego świata, podczas gdy świat przed naszymi oczyma stara się przedstawić nam miraż wiecznego postępu, czego niestety wcale nie potwierdza historia. Naprawdę powrócić do Chrystusa można tylko wtedy, kiedy rozpozna się odstępstwo naszych czasów, nawet przyodziane pięknie w chrześcijańskie idee.

DROGA FILOZOFA

Eugeniusz miał zamiar dokonać analizy współczesnego odejścia od Boga. Chciał nadać jej tytuł Pseudoreligia i współczesność. Później zmienił go na Królestwo ludzkie i Królestwo Boże. Miał się oddać tej pracy całkowicie, gdyż kariera naukowa wydawała mu się wówczas czymś banalnym i grą pozorów. Nigdy nie chciał bezmyślnie iść wyznaczonymi szlakami tylko dlatego, że wszyscy nimi idą. Oznaczałoby to dla niego jedynie kompletną bezmyślność.
Ażeby nie zasmucać matki nie napisał jej wprost o porzuceniu kariery naukowej. Donosił jej jedynie w liście o zamiarze napisania książki i w związku z tym chęci wzięcia urlopu na okres roku. Po upływie tego czasu miał określić swoje życiowe plany w sposób ostateczny.
Już wówczas Eugeniusz czuł, że chciałby służyć Bogu a nie światu: „Mówimy często, że żyjemy w chrześcijańskim świecie. Akurat to prawda. Ale teraz jest wiek pogaństwa, wiek prześladowania Chrystusa. Gdyby dzisiaj Chrystus przyszedł na ziemię wraz z Apostołami zostaliby zamknięci w domu wariatów. Na uniwersytecie głoszenie Prawdy jest niemożliwe. W naszych uniwersytetach panuje atmosfera pogańska. Tutaj ludziom Prawda jest nienawistna. Jestem chrześcijaninem i postaram się żyć zgodnie ze swoją wiarą. Chrystus nakazał nam pozostawić całą majętność, aby pójść za nim. Na razie jeszcze daleki jestem od tego ideału. Postaram się tylko posiadać nie więcej niż potrzeba na skromne utrzymanie. Ja tylko postępuję zgodnie z sumieniem. Nie można okłamywać samego siebie”.
Dla Ester list ten był prawdziwym krzyżem. Zrozumiała z niego jedno, syn chce porzucić karierę akademicką. A taka była z niego dumna. Co się teraz stanie? Nie wiadomo. Tyle nadziei na nic. Na zmarnowanie pójdzie jej syn, a wydawał się być taki utalentowany.
Zdawać się mogło, że Eugeniusz znajdzie wspólny język z młodzieżą, wśród której w modzie było należeć do młodych gniewnych. Lecz oni starali się zbudować nową kulturę a ich nauczyciel skierowany był całkowicie na przeszłość, czuł sentyment do starych porządków, był bowiem konserwatystą z urodzenia. Środowisko młodych naukowców irytowało go, dla nich jedynym celem w życiu było zdobywanie kolejnych akademickich stopni. Prawda nie była dla nich żadną wartością. Eugeniusz postanowił opuścić świat naukowy. Dla siebie wybrał, wzorem starożytnych, drogę samotnego filozofa. Był to rok 1960. Po opuszczeniu uniwersytetu jedynym jego zajęciem stało się pisanie książki. Żeby zarobić na utrzymanie był pomywaczem w restauracjach. Ciężko mu było, żyjącemu do tej pory w świecie idei naukowych, brać się za zwyczajną czarną robotę, ale cóż było robić. Najpierw trzeba żyć, żeby potem móc filozofować.

PRZEŁOM

Chociaż Eugeniusz zabrał się ochoczo do pracy nad zamierzoną książką, jednak nigdy jej nie ukończył. Pozostała w brudnopisie a tylko pierwsze rozdziały w maszynopisie. Spośród 14 zaplanowanych rozdziałów tylko jeden doczekał się druku. W zamierzeniu była to praca wielotomowa, skoro tylko jeden rozdział miał około 100 stron.
Teraz, kiedy Eugeniusz przyjął Chrystusa i umarł dla świata, poczuł się jeszcze bardziej samotny. Zrozumiał, że ze swojej istoty chrześcijaństwo jest ascetycznym wysiłkiem (ros. podwig). Już samo poznanie Boga wymaga „podwigu”. Jakże obca była ta idea nawet współczesnym i uznawanym przez Eugeniusza filozofom, jak Merton, Buber, Bierdiajew.
Niełatwo buntowniczy duch Eugeniusza uczył się pokory. Nic tak go nie raziło jak chrześcijaństwo lekkie, łatwe i przyjemne a takie dostrzegał wszędzie wokół siebie, sprowadzone jedynie do udziału w niedzielnym nabożeństwie, poza którym rozpościerał się obszar zwyczajnego życia, gdzie przez cały tydzień człowiek stara się dobrze i szczęśliwie urządzić tutaj na ziemi i nie myśleć o wieczności.
Dla niego być chrześcijaninem oznaczało nosić krzyż na co dzień, bowiem chrześcijaństwo z prawdziwego zdarzenia nienawistne było światu, nawet jeśli objawiało się tylko na moment, chociażby w twarzy jednego człowieka. Tymczasem wszędzie wokół siebie widział Kościoły zmienione w normalne, biznesowe firmy gdzie ludzie gonili za materialnym sukcesem i myśleli o nim nawet wtedy, gdy wznosili ręce i oczy do Boga podczas modlitwy. Nic go tak nie irytowało jak takie właśnie zeświecczone chrześcijaństwo. Tchnienie Antychrysta było widoczne już w Kościołach.

W tamtym czasie, chociaż chodził regularnie na prawosławne nabożeństwa i duchowo uważał się za wyznawcę Prawosławia jednakże, formalnie rzecz biorąc, nim nie był. Jego przyjaciel z czasów akademickich James uczynił ten krok, ale Eugeniusz uważał, iż spowodowało to głównie piękno prawosławnych obrzędów. Dla niego taki powód był niewystarczający. Potrzebował głębszego wejścia w Prawosławie a tymczasem nie spotkał do tej pory nikogo, kto by był tej tradycji godnym przedstawicielem. Czyż w przyszłości miał stać się jednym z cerkiewnych urzędników zarabiających na życie służeniem Bogu? Myśl taka była mu wstrętna. Znowu znajdował się na rozdrożu. Stał jakby mistycznie przed cerkiewną kruchtą nie mogąc podjąć decyzji, aby do niej wejść. Czuł się znowu niezrozumiany i samotny.
W tym stanie ducha, kiedy na powrót odczuł bunt przeciwko Bogu pozostawiającemu go jakby bez pomocy i wskazówki, wszedł raz do sklepu gdzie w witrynie wisiała fotografia ikony Matki Bożej Trójrękiej. Spontanicznie zaczął się modlić: „Matko Boża, napełń sensem moje życie, daj mi wejść do Kościoła Twojego Syna i Jemu służyć”.

OBJAWIENIE

Wydaje się, że Bóg usłyszał modlitwę z głębi jego rozdartej duszy i pokazał mu drogę, jaką miał mu służyć. W przeciągu kilku dni przyszła pomoc. Pojawił się zupełnie nieoczekiwanie młody Rosjanin, dotąd nie znany Eugeniuszowi i także modlący się niedawno o swoje życiowe powołanie. Był to Gleb Dymitrewicz Podmoszeński. Bóg związał ich losy odtąd aż na wieki.
W chwili ich spotkania Gleb miał 28 lat. Wychowany był w rosyjskiej tradycyjnej rodzinie gdzie światopogląd prawosławny był czymś jak najbardziej naturalnym. Zawsze był duszą towarzystwa, potrafił w sposób zajmujący opowiadać. Natura artystyczna z poczuciem humoru. Miał on wyciągnąć swojego nowego przyjaciela z ciemności goryczy i poczucia izolacji.
W 1961 r. po długiej pielgrzymce po Alasce i Kanadzie Gleb przyjechał do San Francisco. Kalifornia była jego ostatnim przystankiem przed powrotem do rodzinnego Bostonu. Na podróż zarabiał w prosty i pomysłowy sposób. Mianowicie w parafiach prawosławnych urządzał pokazy slajdów na temat Monastycyzm we współczesnej Ameryce. Ktoś z nowych znajomych, młody Rosjanin szykujący się do seminarium, zaproponował mu odwiedzenie swojego amerykańskiego przyjaciela interesującego się bardzo poważnie Prawosławiem. Odwiedził go po liturgii w dzień święta Wprowadzenie Matki Bożej do Świątyni6 . Gleb dowiedział się, że jest absolwentem sinologii, pisze aktualnie książkę o nihilizmie a zarabia na życie jako pomywacz. Nie chce wiązać się z akademią. Z tej charakterystyki, powiedział później Gleb, widać było od razu, że chodzi o postać naprawdę wyjątkową.
Weszli do małego ciemnego pokoju. Jedna ściana zawieszona była ikonami oświecanymi przez lampadę. Przed nimi stał Eugeniusz w zielonym swetrze z trąbką w ręce. Gleb przywitał go po apostolsku: „Pokój temu domowi” i z marszu spytał: „Gdzie kontakt?” Gospodarz był lekko zaskoczony. Zaczęli oglądać slajdy z serii Święte miejsca w Ameryce. Czegoż tam nie było? Przed zdziwionymi oczami Eugeniusza przesuwał się świat Prawosławia. Piękne ikony, portrety świętych, cudotwórcze ikony przywiezione z Szanghaju a uratowane jeszcze z Rosji, ihumeni, schymnicy, skity7 w Kanadzie, monaster w Jordanville8 i Nowo-Diwiejewskl żeński klasztor, które przechowały i przekazały Ameryce tradycje starców z Optiny.9 Gleb mówił o męczeństwie św. Rusi, opowiadał też o swoim ojcu aresztowanym przez komunistów, o swoim przyjściu do Chrystusa. Na pożegnanie Eugeniusz Rose powiedział tylko jedno: „Jakież Objawienie”. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy jak to właśnie spotkanie zadecydowało o dalszym jego losie.

PRZYSZŁY BRAT

Warto zrobić w tym miejscu krótką charakterystykę człowieka, kóry przyniósł Eugeniuszowi objawienie Prawosławia, prawosławnego życia monastycznego.
Do 13 roku życia Gleb żył w Europie. Jeszcze zanim się urodził rodzice wyemigrowali z Rosji na Łotwę. Urodził się w Rydze 26 marca 1934 r. Ochrzczony został naturalnie w cerkwi. Wkrótce komuniści zagarnęli Łotwę. Gleb miał 5 lat, gdy aresztowano jego ojca. Zesłali go do strasznej Workuty, tam zmarł po 4 latach z głodu. Jednak do roku 1990 dokładnie nie wiedział o losie ojca i ciągle żył nadzieją, że może przeżył i mieszka gdzieś w Rosji. Gleba i jego siostrę Iję wychowywała tylko matka Nina Aleksandrowna. Podczas drugiej wojny światowej wszyscy troje zostali wywiezieni do Niemiec, gdzie przyszło im żyć w skrajnej nędzy. W 1949 r., kiedy groziła im deportacja do sowieckiej Rosji, udało im się uzyskać amerykańskie wizy. Nie oznaczało to automatycznie, że ich biedy zakończyły się w Nowym Świecie. Matka zachorowała a I7-letni Gleb zmuszony był ciężko pracować, aby zapewnić matce i siostrze utrzymanie. Pobierając nauki w college’u w Bostonie Gleb, podobnie jak to było w przypadku Eugeniusza, przeszedł przez okres kryzysu wiary i duchowych poszukiwań. Jego matka, sama wywodząca się z rosyjskiej inteligencji, nie była tradycyjnie pobożna, nie wychowała go w duchu pokładania nadziei jedynie w Bogu. Od wczesnej młodości przyszło mu borykać się z trudnościami. Przeklinał swój los. Zmęczony życiem młody człowiek miał nawet mroczne myśli o samobójstwie. Męczyło go zasadnicze pytanie o sens życia, po co to wszystko? Czy tylko narodziłem się dla cierpienia i śmierci? Nie miał wtedy nawet 20 lat. „Tylko dzięki Bożemu miłosierdziu wyszedłem z tego stanu”. Już stał na moście w Bostonie chcąc zakończyć swoje smutne życie.
Wtedy pomyślał o całym swoim życiu. Nie wiadomo, dlaczego przypomniały mu się znajome z dzieciństwa sceny z życia św. Sergiusza z Radoneża. Rosyjski asceta żył w XIV stuleciu z Bogiem w sercu, na łonie przyrody. Nagle przyszła mu zbawienna myśl. Popróbuj i ty, czy takie proste, idealne życie z dala od trosk tego świata w harmonii z naturą jest w ogóle możliwe. Jeśli to kolejne oszustwo i opium dla ludu zawsze zdążysz zakończyć swoje marne życie. Miało to miejsce przed Bożym Narodzeniem.
Tego samego wieczoru zdarzyło się jeszcze coś dziwnego, co zatrzymało go nad przepaścią. Zmarznięty i przemoknięty wlókł się po ulicy, gdy podszedł do niego nieznajomy i wręczył bilet na koncert Haendla – Mesjasz. Miało to być niezapomniane przeżycie. Zwłaszcza Alleluja. Gleb zapłakał. Zaczął na nowo dostrzegać, że człowiek jest duchem a celem jego długich poszukiwań jest Bóg.
Duchowy spokój Gleb odnalazł dopiero, kiedy pojechał do rosyjskiego monasteru w Jordanville. Wówczas jego horyzont uległ rozjaśnieniu. Po raz pierwszy zetknął się z wiarą ojców w jej pełnej chwale. Przyjechał do monasterskiej cerkwi w sobotę przed niedzielą Palmową. Kiedy otworzyły się Carskie Wrota i chóry po obu stronach wspaniale zaśpiewały, powróciło przeżycie, jakie miał podczas koncertu Haendla, jakiego na próżno szukał w różnych cerkwiach. „Znowu zrodziłem się dla życia w Chrystusie”.
W monasterze św. Trójcy na Gleba zwrócił uwagę młody, energiczny hierodiakon10 Władymir. Podszedł do niego i zapropomowal rozmowę. Poszli w kierunku monasterskiego cmentarza. Mnich odziany w kłobuk11 i mantię jakby jaśniał radością. Najpierw długo opowiadał o swoim życiu. Urodził się w Rosji. Mając 14 lat został wywiedziony na roboty do Niemiec. Ojciec jego był, jak należało, ateistą a matka nigdy nawet jednym słowem nie powiedziała dzieciom o religii, lecz przed rozstaniem, jak się okazało ostatecznym, zdążyła mu szepnąć do ucha: „Pamiętaj, jesteś ochrzczony”. W Berlinie samotny młodzieniec w obcym kraju odnalazł Boga. Spotkał tutaj o. Adriana Rymarenko, batiuszkę opiekującego się 50 osobową grupką wiernych, głównie biednych Rosjan, których karmił materialnie i duchowo swoją wiarą. Pod jego wpływem późniejszy o. Władymir postanowił zostać mnichem.
Spotkanie to miało dla Gleba znaczenie zupełnie szczególne. Wreszcie miał przed sobą człowieka, który tchnął duchowym spokojem. Ze swojej strony opowiedział mu o całym swoim życiu, troskach, niepokojach i nadziejach. Niebo nad monasterem usiane było gwiazdami.
O. Władymir odkrył dla niego ascetyczną i mistyczną stronę prawosławnego chrześcijaństwa. Dał mu do przeczytania żywot św. Serafina Sarowskiego, jednego z najbardziej lubianych na Rusi świętych, ostatniego kanonizowanego przed rewolucją 1917 roku. Po powrocie z Jordanville w Glebie dokonała się widoczna dla wszystkich przemiana. Z młodego gniewnego smutnego i mrocznego Gleb zmienił się wewnętrznie, zobaczył cel w swoim życiu. Zmienił się na tyle, że cały świat zobaczył w innych barwach. Dosłownie jak zgłodniały rzucił się na literaturę ascetyczną.
Szczególne wrażenie wywarła na nim lektura książki Żywot optińskich Starców. Odrodzenie „starczestwa”, jakie dokonało się w Rosji za pośrednictwem uczniów starca Paisjusza Wieliczkowskiego, stanowiło jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu Cerkwi Rosyjskiej XIX i XX wieku. Do Optiny jako duchowego centrum przychodzili poszukiwacze głębszego życia wewnętrznego z całej Rosji, w tym i pisarze tej miary co Dostojewski, Gogol, Tołstoj.
Dzięki o. Władymirowi Gleb miał okazję poznać ucznia o. Nektariusza, jednego z ostatnich optińskich starców, o. Adriana Rymarenko mieszkającego w stanie Nowy Jork wraz z matuszką, gdzie założył żeński monaster Nowo-Diwiejewski. Posiadał on ten sam dar, co i wielcy starcy, wystarczyło, że popatrzył na penitenta i już wiedział, co go gnębi i, co ważniejsze – co należy mu powiedzieć w danym momencie jego życia. Swoim sposobem celebracji nabożeństw i stylem życia przyciągał do Cerkwi nie setki a dosłownie tysiące ludzi.
Kiedy Gleb idąc za radą o. Władymira pojechał do Nowo-Diwiejewskiego monasteru dopiero uczył się żyć w atmosferze cerkwi i była ona dla niego właściwie nieznanym lądem. O. Adrian przyjął go w swoim gabinecie pełnym mnóstwa poczerniałych od starości ikon, oświetlonych blaskiem lampady, Był wysoki i piękny w swojej dostojnej starości. Niebieskie oczy błyszczały radośnie. Nagle w trakcie rozmowy o. Adrian przypomniał mu o jednym jego grzechu. Gleb był wstrząśnięty jego przenikliwością. Rozpłakał się, ale były to nie tylko łzy pokuty. Było w nich także poczucie szczęścia z odnalezienia tego, czego szukał przez lata. Wrócił do domu Ojca.
Tak dla o. Władymira i dla Gleba o. Adrian został duchowym nauczycielem, ojcem, jakiego chcieliby odnaleźć. O. Adrian dosłownie odkrył przed Glebem nowe horyzonty. Kiedy wyszli wieczorem z domu, nad nimi jaśniało rozgwieżdżone niebo. Nagle o. Adrian zapytał: „Dlaczego Bóg przyprowadził nas na te amerykańskie równiny? Dlaczego rozsypał nas jak gwiazdy na niebie wśród dobrych Amerykanów? Czyż nie dlatego abyśmy, zanim nastąpi koniec świata, zdążyli zbudować tutaj życie św. Rusi, jako świadectwa autentycznego chrześcijaństwa?”
W roku 1958 Gleb wstąpił do seminarium przy monasterze w Jordanville. Był to okres rozwoju tej szkoły duchownej. Wykładali w niej znakomici nauczyciele: arcybiskup Awierkij – archimandryta, Konstantyn (Zajcew) i protojerej Michał Pomezański. Dzięki takim ludziom mógł Gleb nasiąkać żywymi tradycjami Rosyjskiej Cerkwi. Kiedy Gleb poznał Eugeniusza był już po zakończeniu nauki w seminarium. Zastanawiał się teraz, w jaki sposób bagaż duchowego doświadczenia wyniesiony ze szkoły przemienić w czyn.
Gleb myślał poważnie o życiu w monasterze, lecz temu zamiarowi energicznie sprzeciwiła się matka. Groziła nawet przekleństwem jeżeliby się odważył bez jej wiedzy i błogosławieństwa przyjąć mnisze postrzyżyny. Nie bez wpływu o. Adriana jego myśli zwróciły się w stronę idei apostolstwa prawosławnego, ewangelizacji w Ameryce. Przykładem posłużył mu bł. Herman z Alaski, mnich asceta o świętym życiu, jeden z pierwszych prawosławnych misjonarzy na amerykańskim kontynencie. Co więcej, Gleb uznał go za swojego niebieskiego patrona, którego można prosić o ukazanie dalszej drogi życia, chociaż błogosławiony Herman jeszcze wówczas nie został kanonizowany.12
Mnich Herman przybył na Alaskę z leżącego w północnej części Rosji monasteru Walaam w roku 1794. Na dalekiej Jodłowej Wyspie w ciszy lasów żył, modlił się i starał się jak mógł głosić św. Ewangelię Aleutom, opiekując się ich sierotami. Zmarł tam w roku 1836.
Dla Gleba było swoistym odkryciem, że w Ameryce jest święty rosyjski. Nie chciał jechać do niego jako zwykły turysta, lecz tak jak przystało na prawosławnego pielgrzyma, to znaczy bez pieniędzy, bez niczego, jak niegdyś pielgrzymowali na Rusi. Myśl wydawała się z początku nawet jemu samemu szalona. Ale można będzie na prawosławnych parafiach organizować wykłady.
Gleb przyjechał na wyspę w sierpniu 1961 roku. O. Gerasima, strażnika tego miejsca, spotkał w kaplicy, jaką postawił na miejscu, gdzie dawniej znajdowała się ziemianka bł. Hermana. Nieopodal była Mnisza Laguna i słychać było miarowy szum oceanu. Wszystko to było tak dalekie od świata, jak dawniej na świętej Rusi i jak droga życia samego Hermana.
Jeszcze w monasterze w Jordanville byli tacy, co przestrzegali Gleba przed pielgrzymką. Mówili o o. Gerasimie, że jest zwariowany i nie kanoniczny. Chodziły o nim słuchy, że to komunista, mason, wszystko, co chcesz. Na miejscu okazało się to zwykłymi plotkami. Gospodarz pustelni był prostym, serdecznym mnichem z prawdziwego zdarzenia, z ogromną miłością do życia mniszego, pomimo wielu lat spędzonych w samotności.
Mieli z Glebem wiele wspólnego i jednego ojca duchownego, to znaczy o. Adriana, z którym pustelnik od lat prowadził korespondencję.
O. Gerasim cierpiał z powodu rozłamu, jaki dokonał się w Prawosławiu rosyjskim po rewolucji 1917 r. Sam o sobie mówił: „Modlę się za wszystkich i wspominam na liturgii wszystkich”. Dlatego właśnie nie był uznawany przez hierarchów Rosyjskiego Kościoła za Granicą. Nikt się do niego nie przyznawał. Na pytanie, w jakiej jest jurysdykcji, odpowiadał zawsze i niezmiennie – „Chrystusowej”. Stąd zrodziło się przekonanie, że pustelnik szwankuje na umyśle. Dla Gleba było to szczególnie smutne doświadczenie, prawdziwego nosiciela ducha św. Rusi w Ameryce uważano za dziwaka, nie ceniono i nie rozumiano, a nawet nie starano się o to. Nigdzie nie spotkał takiego ascety-pustelnika, który by żył tak jak pierwsi mnisi.
Na wyspie o. Gerasim przebywał już od roku 1935. Opiekował się relikwiami bł. Hermana. Dla Gleba było oczywiste – o nim prorokował na 100 lat wcześniej błogosławiony: „Mnich taki jak ja ucieknie od ludzkiej sławy, przyjdzie i zamieszka tutaj”.
Podczas modlitw o. Gerasim wspominał wszystkich, których spotkał w swoim życiu. Czytanie zapisek ciągnęło się bez końca – wspominał Gleb tamte błogosławione doprawdy chwile spędzone na wspólnej modlitwie w cichej kelii13 pustelnika. Modlitwa omyta łzami była wstrząsająca do głębi duszy. Po skończonej modlitwie on sam jakby napełnił się życiem i radością. Ugościł pielgrzyma herbatą i pierogiem z łososiem. W okolicy nie było żywej duszy tylko gwiazdy na niebie i ciemne wysokie sosny.
Gleb przebywał w pustelni już tydzień, lecz ciągle nie odnalazł w swoim sercu odpowiedzi na to zasadnicze pytanie, z jakim tutaj przyjechał, mianowicie jaką drogą życiową powinien pójść.
Przed świętem Zaśnięcia Matki Bożej Gleb zrozumiał, że Bóg milczy, bo jego serce nie jest jeszcze gotowe. Przyszedł do czasowni, gdzie znajdował się grób bł. Hermana i przypadł do niego z gorliwą modlitwą. Pamiętał o słowach bł. Serafina Sarowskiego: „Oddaj siebie Bogu, całkowicie zdaj się na Niego, a dalej, co będzie, to będzie”.
Nad grobem błogosławionego Gleb modlił się: „Przyślij mi drugiego takiego idiotę jak ja sam, który by mnie zrozumiał. Daruj mi bractwo, które wysławi ciebie i objawi ciebie światu”. Po tej modlitwie Gleb wybiegł z czasowni.
Kiedy odjeżdżał, a był to sam dzień Zaśnięcia Matki Bożej14 , odprowadzając go pustelnik płakał. Młody seminarzysta odjeżdżał jako inny człowiek, napełniony Bożą laską i błogosławieństwem duchowych gigantów, modlących się w tej leśnej głuszy na końcu świata
Powracając do domu Gleb zatrzymał się po drodze w Kanadzie, aby nawiedzić dwa skity, gdzie jeszcze żyli mnisi i mniszki z Rosji a i sama przyroda przypominała rodzinne krajobrazy. Znalazł tam prawdziwych nosicieli mniszego ducha. Jedna tylko nasuwała się bardzo smutna refleksja – byli oni wyraźnie na wymarciu. W San Francisco Gleb odwiedził swojego przyjaciela pokornego o. Nektariusza, późniejszego biskupa, który podzielił się z nim swoimi wspomnieniami z Optiny. Poznał także brata o. Nektariusza, cerkiewnego pisarza Iwana Koncewicza. Obaj, podobnie jak i o. Adrian, byli uczniami tego samego, ostatniego z optińskich starców o. Nektariusza. Wtedy właśnie miało miejsce tak znaczące dla ich późniejszych losów spotkanie Gleba i Eugeniusza Rose.

W OBJĘCIACH OJCA

Kiedy Eugeniusz pierwszy raz spotkał Gleba, był już duchowo przygotowany do przyjęcia Prawosławia, lecz ciągle jeszcze nie czynił tego kroku. Gleb postanowił mu w tym dopomóc. Sam zmuszony był wracać na wschodnie wybrzeże. O duchową opiekę nad samotnym filozofem Eugeniuszem prosił swoich kalifornijskich przyjaciół.
Eugeniusz mieszkał wówczas ze swoimi rodzicami w Karmel i uczęszczał na nabożeństwa do cerkwi św. Serafina w Monterey. Bardzo zbliżył się do Prawosławia i poznał pierwszego w swoim życiu prawosławnego duchownego o. Grigorija Krawczinę. Wyrósł on w sierocińcu przy Poczajowskiej Ławrze15 i był dalekim krewnym o. Adriana.
Jeden z przyjaciół Gleba, Dymitr, obiecał utrzymywać stały kontakt z Eugeniuszem. Pochodził z mieszanej francusko-rosyjskiej rodziny i znał kilka języków. Jego wiara była dla Eugeniusza dobrym przykładem. Do końca swoich dni Eugeniusz prowadził korespondencję z Dymitrem i jego matką Swietłaną Romanową. Zakończyła ona swoje życie jako mniszka w Nowo Diwijewskim monasterze o. Adriana.
Gleb, Dymitr i bliscy im duchowo ludzie pomogli Eugeniuszowi wejść do Kościoła. Otoczony był młodymi Rosjanami chcącymi służyć Prawosławiu, dlatego iż widzieli w nim wcielenie odwiecznej Prawdy, a nie dlatego iż było to ich własne dziedzictwo kulturowe.
W niedzielę 12 (25) lutego 1962 r. w dzień swojego patrona, św. Eugeniusza Aleksandryjskiego, z błogosławieństwem arcybiskupa Tichona, Eugeniusz Rose został przyjęty do Kościoła prawosławnego przez sakrament bierzmowania. Obrzędu dokonał o. Mikołaj Dombrowski, duchowny polskiego pochodzenia z San Francisco. Dymitr i Swietłana Romanowa byli jego oficjalnymi świadkami.
Rozpoczęła się św. liturgia. Była to Niedziela Syna Marnotrawnego. Dla Eugeniusza było oczywiste – jego wejście do Kościoła właśnie w ten dzień to nie był zwykły przypadek. Kiedy przystąpił do św. Eucharystii odczuł spokój, szczęście i słodycz. Przez całe lata napełniony był piekłem, teraz, w dosłownym tego słowa znaczeniu, spożywał Niebo. Pod wpływem tego przeżycia podczas swojej pierwszej komunii mówił później o nieziemskim smaku i aromacie prawosławnej wiary.
Teraz zobaczył chrześcijaństwo w prawdziwym świetle; nie tylko wiedział, że Chrystus istnieje, ale zaczął żyć w Chrystusie. Znajomi od razu zauważyli zmianę, jaka w nim nastąpiła. Niegdyś zawsze pełen był jakiegoś smutku, teraz, po przyjęciu Prawosławia dosłownie rozkwitał.

DOBRA ZIEMIA

W święto Dziękczynienia 1962 r. Gleb przyjechał do Kalifornii. Wkrótce znalazł sobie zajęcie jako wykładowca języka rosyjskiego w jednym z college’ów w Monterey. Teraz przyjaciele mogli się spotykać, wędrować po lasach lub nad brzegiem oceanu i rozmawiać do woli o ascetach z Optiny, Walaamu, Atosu, o których tyle czytali. Nie bez pewnego zdziwienia Gleb zauważył jak młodemu Amerykaninowi, który w dodatku zupełnie niedawno odkrył dla siebie Prawosławie są to wszystko sprawy niezwykle bliskie. Skąd w nim, wychowanym w praktycznym i materialistycznym amerykańskim społeczeństwie, brała się taka gorliwość? Wydawał się być znakomicie przygotowany duchowo do przyjęcia tego wszystkiego, co Gleb starał mu się przekazać odnośnie prawosławnego życia duchowego.
Co z nim będzie? – Zadawał sobie pytanie Gleb. Zapewne w Cerkwi go polubią i postarają się wykorzystać do swoich celów. Lecz cóż się stanie z jego duchowym wzrostem, jeżeli pozna nasze rosyjskie Prawosławie od podszewki ze wszystkimi jego niedostatkami. Czy nie rozczaruje się i nie zawalą się w proch i w pył wszystkie jego wcześniejsze ideały? Trzeba mu pomóc stworzyć warunki dla jego wyjątkowej natury żeby dalej mogła wzrastać duchowo.

CUDOTWÓRCA OSTATNICH CZASÓW

Listopad 1962 r. okazał się dla Eugeniusza miesiącem szczególnie ważnym. Było mu dane poznać jedną z najciekawszych postaci prawosławnego świata XX wieku, arcybiskupa Jana Maksymowicza. Miało to miejsce w San Francisco. Władyka był otoczony miłością swoich wiernych. Wielu z nich znało go jeszcze z Szanghaju, gdzie będąc miejscowym biskupem zbierał na ulicach setkami zgłodniałe i chore dzieci, organizował dla nich sierocińce. A gdy w Chinach zwyciężyła komunistyczna rewolucja wywiózł swoją trzodę najpierw na Filipiny, potem do Ameryki. Nawet kiedy przez pewien czas był biskupem w Paryżu, utrzymywał kontakty ze swoimi wiernymi w Kalifornii.
W 1962 władyka Jan powrócił do Kalifornii. Eugeniusz bywał na jego nabożeństwach w starym soborze. W tym małym zgarbionym staruszku było coś nie z tego świata. Wraz z jego pojawieniem się w soborze jakby powiało innym duchem. Eugeniusz zwrócił od razu uwagę na gorliwość, z jaką celebrował. Lubił wymieniać mało znanych świętych, szczególnie z ziem Zachodu: Galii, Francji, Italii, Anglii, Holandii. Miał defekt wymowy i trudno go było zrozumieć. Pomimo tego ludzie lubili jego nabożeństwa.
Było we władyce coś z jurodiwych, szalonych dla Chrystusa, z tych, co wyrzekli się ludzkiej mądrości dla mądrości Bożej. Władyka Jan znany był ze swojego surowego, ascetycznego życia. Jadał raz w ciągu dnia, około północy. Spał bardzo niewiele, przeważnie siedząc w fotelu w soborze przy ołtarzu (nigdy nie korzystał z łóżka). Nocami miał zwyczaj długo modlić się przy ołtarzu. Nie raz zmęczony zasypiał przed ikonami po zrobieniu wielkiego pokłonu. Rano tylko przemywał twarz zimną wodą i szykował się do oprawiania św. liturgii. Celebrował ją każdego dnia, zależnie od okoliczności w języku starosłowiańskim, greckim, angielskim lub nawet chińskim. W San Francisco znajduje się pewna liczba prawosławnych Chińczyków.
Wielu uważało go za cudotwórcę i są na to spisane liczne świadectwa. Wielu zostało uleczonych za pośrednictwem jego modlitwy. Zdarzały się przypadki, kiedy objawiał się osobom, od których był fizycznie w znacznej odległości. Miał zwyczaj odwiedzać chorych w szpitalach, personel był już do tego przyzwyczajony. Niekiedy odprawiał tam św. liturgię. Chodził też po więzieniach odwiedzając zarówno wierzących, jak i niewierzących. Nocami widywano go chodzącego po mieście i modlącego się w ciszy za jego mieszkańców i błogosławiącego domy prawosławnych.
Dla władyki Jana wystarczyło jedno spojrzenie na Eugeniusza, aby wiedział, z kim ma do czynienia. Zwykle stał w dalszej części soboru i gorliwie się modlił. Władyka osobiście kilka razy zapraszał go, aby podszedł bliżej ołtarza, lecz młody Amerykanin nie skorzystał z tego. Po prostu bał się prozy codziennego cerkiewnego życia. Gleb jednak przeczuwał, że jego nowy przyjaciel powinien się przełamać. Uciekając od prozy życia cerkiewnych sług można oddalić się od samego źródła łaski, którą daje nam Kościół. Poprosił Eugeniusza, aby się w końcu przełamał.
Nie minęło dużo czasu i Eugeniusz czytał i śpiewał na klirosie16 w języku cerkiewno-słowiańskim w sierocińcu św. Tichona, gdzie mieszkał władyka Jan. Młody człowiek odczuwał duchowy pokój i z zapałem czytał cerkiewne teksty ze swoim amerykańskim akcentem. Z równym zapałem uczył się rosyjskiego.
Dla Eugeniusza, tak jak i dla wielu, władyka Jan był żywą Tradycją, czerpali od niego coś, co wymykało się słownemu określeniu, bo on żył głęboko Prawosławiem. Jakże mylą się ci, co sądzą, iż Prawosławie można poznać tak jak inne wyznania, czytając teologiczne książki. Wschodnie chrześcijaństwo należy poznawać nie na zimno tylko umysłem, ale sercem, jako żywą Tradycję Kościoła. Eugeniusz i Gleb mieli to wyjątkowe szczęście spotkać na swych życiowych ścieżkach świętego cudotwórcę naszych czasów władykę Jana.
W tym świętym arcypasterzu Eugeniusz dojrzał autentycznego prawosławnego teologa, gdyż to, co głosił, wiązało się nierozdzielnie z jego świętością życia. Była to teologia jaskrawo odróżniająca się od napuszonej wiedzy współczesnych teologów akademickich, reprezentujących ogromną erudycję i bardzo mało żywej wiary, profesjonalnych specjalistów od Prawosławia.

NOSICIELE ŻYWEJ TRADYCJI

Oprócz władyki Jana żyli jeszcze w San Francisco inni nosiciele starej, prawosławnej Tradycji, wśród nich wspomniany o. Nektariusz. Pokorny, łagodny i najpobożniejszy na świecie człowiek. Całkiem świadomie odgrodził się od tego wszystkiego, co świeckie i nie związane z Cerkwią. Nigdy nie nauczył się angielskiego. Jego dusza oddychała atmosferą Optiny. Miał zwyczaj długo modlić się, do godziny drugiej, trzeciej w nocy. W 1963 roku o. Nektariusz został wyświęcony na biskupa i naznaczony biskupem pomocniczym u biskupa Jana.
Starszy brat biskupa Nektariusza Iwan Michajłowicz Koncewicz był cerkiewnym historykiem. Do Prawosławia doszedł poprzez Optinę i starał się swoim pisarstwem dawać świadectwo jej duchowym wartościom.
Podarkiem od losu była dla Eugeniusza i Gleba Elena Juriewna, żona profesora Koncewicza. Jak i jej mąż znała osobiście wielu świętych i nowych męczenników w Rosji, wśród nich starca Anatola Optińskiego. Koncewiczowie byli w posiadaniu bogatej biblioteki, składającej się w głównej mierze z dzieł Ojców Kościoła. Wraz z biskupem Nektariuszem byli oni ostatnimi świadkami i nosicielami duchowej tradycji Optiny. Dla Gleba i Eugeniusza kontakty z tą rodziną były bezcenne, bo właśnie oni, jak nikt inny, potrafili ukazać im duchowe bogactwa Prawosławia.
W roku 1963 w San Francisco pojawiła się jeszcze jedna ciekawa postać, duchowy syn arcybiskupa Jana o. Spiridon (Jefimow). Obu przyjaciołom wydał się on od razu być najbliższym według ducha ich drogiemu władyce. Z władyką Janem o. Spirydon zaprzyjaźnił się jeszcze będąc w seminarium w Jugosławii. Gleb był nim zachwycony, od pierwszego spotkania zrozumiał, że to człowiek pozbawiony wszelkiego zła, duchowo czysty jak dziecię, daleki od wszelkich cerkiewnych intryg i politykierstwa. Mówił zawsze z głębokim teologicznym sensem. Chodził zamaszyście, chociaż nieco kulał. Słudzy Cerkwi mieli go za dziwaka.
W ogóle rok 1963 był dla Eugeniusza pełen znaczenia. Udało mu się poznać dwóch wybitnych ludzi, znakomitego teologa i pokornego hierarchę metropolitę Anastazego (Gribanowskiego) a także biskupa Edmonton Sawę (Saraszewicza). Krótkie spotkanie z metropolitą miało miejsce w niezwykłych okolicznościach. 90-letni metropolita otrzymał biskupią chirotonię w roku 1906, należał jeszcze do carskiej hierarchii i był biskupem już ponad pół stulecia. Bardzo go czcił władyka Jan. Spotkanie miało miejsce podczas festiwalu muzyki Bacha w Karmelu.

ŚWIĘTY PRZED SĄDEM

Rosyjski Kościół za Granicą, którego członkiem stał się teraz Eugeniusz, najpełniej ze wszystkich jurysdykcji chronił najlepsze tradycje rosyjskiego Prawosławia. Nie uznawał ruchu ekumenicznego ani reformy cerkiewnego kalendarza, obce mu były kompromisy z komunistycznymi reżimami.
Eugeniusz od razu zauważył, że w jego Kościele są dwa rodzaje biskupów, jedni tacy jak władyka Jan, Sawa, Awierkij, Nektariusz. Dla drugich Cerkiew była taką samą firmą jak każda inna i należało ją prowadzić tak, żeby przynosiła możliwie największe dochody. Pod tym względem niczym nie różnili się od rady nadzorczej świeckich dyrektorów koncernu. Nieszczęście polega na tym, że typ biskupa-menadżera, którego główną troską jest znajdowanie sponsorów, upowszechnił się we wszystkich chrześcijańskich wyznaniach. Ludzie tego typu, obojętnie do jakiego Kościoła należą, szanują wyłącznie ludzi bogatych i mających władzę. Z przedstawicielami tego drugiego typu hierarchów Eugeniusz miał nieszczęście spotkać się wkrótce po przyjęciu Prawosławia. Był to władyka Witaliusz z Kanady. Kiedy Eugeniusz popatrzył w jego oczy przestraszył się. Napotkał na wzrok zimny i wyrachowany.
Jak się wkrótce okazało arcybiskup Witaliusz był jednym z największych intrygantów w Synodzie. Najbardziej, wraz ze swoimi stronnikami, zwalczał władykę Jana. Zarzucano mu koncelebrę z duchowieństwem podlegającym pod patriarchat moskiewski i eulogianami17 z Paryża oraz z Cerkwiami uznającymi nowy kalendarz. Na coś podobnego mało kto by się odważył. Co więcej będąc jeszcze biskupem w Szanghaju obok metropolity Anastazego, wspominał podczas liturgii patriarchę moskiewskiego Aleksija I. W swoim czasie chciano go za to pozbawić nawet godności biskupa. Nazywali go komunistą.
Najbardziej zirytował swoich przeciwników stwierdzeniem: „Nie istnieje takie pojęcie jak jurysdykcja”. Tysiące ludzi na całym świecie widziało w biskupie Janie świętego, co wcale nie przeszkadzało jego kolegom w Synodzie uznawać go za osobę zbyteczną w episkopacie Rosyjskiego Kościoła za Granicą.
W Ameryce w XX stuleciu Eugeniusz stał się świadkiem prześladowania współczesnego świętego. Gorzka to była pora dla władyki. Wypadki te przyśpieszyły jego śmierć. Kulminacją wszystkiego był publiczny proces biskupa wytoczony mu przez innych hierarchów. Postawiono mu zarzut defraudacji pieniędzy cerkiewnych zbieranych z przeznaczeniem na budowę nowego soboru w San Francisco. Dla obu przyjaciół było to widowisko szczególnie gorszące. Władyka został wezwany na specjalne posiedzenie Synodu do Nowego Jorku w jego sprawie, przy czym nie pozwolono mu się bronić a jedynie podczas narad, przez cztery godziny, siedział za drzwiami jak uczniak. W wyniku decyzji synodu został zdjęty ze stanowiska biskupa w San Francisco.
Kiedy władyka Jan powrócił do swego miasta na lotnisku witały go nieprzeliczone tłumy. Wzburzenie było nieopisane. Pod wpływem sędziwego metropolity Anastazego Synod zmienił swoją decyzję. Przedłużono mu kierowanie eparchią na okres pół roku.
W sądzie wśród jawnych wrogów władyki Jana znalazł się arcybiskup Witaliusz z Kanady, który przyjeżdżając do Kalifornii przedstawił się jako specjalny wysłannik metropolity, przybyły celem zakończenia spraw spornych. Inny z hierarchów, arcybiskup Serafin z Chicago, w jednej z rosyjskich gazet udzielił wywiadu, w którym określił władykę Jana jako paranoika.
Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że władykę Jana ciągali po sądach nie obcy a swoi, Rosjanie, z tej samej Cerkwi, jego współbracia w biskupstwie. Wtedy Gleb i Eugeniusz zrozumieli jak całkowicie bezsilni są ludzie wobec tajemnicy bezbożności w samym Kościele.
Proces władyki Jana trwał 4 dni. Sądzony, wierny mniszej zasadzie, aby samemu siebie nie usprawiedliwiać, nie powiedział w sądzie w swojej obronie ani jednego słowa. Podczas procesu stało się jasne, że nadużyć finansowych dokonała rada parafialna soboru jeszcze za poprzedniego biskupa, przeniesionego do Los Angeles. Jego następca został wytypowany na kozła ofiarnego, a Synod z całą premedytacją skierował go do San Francisco. Była to pułapka zastawiona celowo na nielubianego hierarchę.
W ten sposób chciano upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, znaleźć „winnego” defraudacji i pozbyć się biskupa, co samym swoim istnieniem i opinią świętości, jaką się powszechnie cieszył wśród wiernych, denerwował niektórych nowoczesnych i światłych członków Synodu. Doprowadzono do tego, że ludzie pluli na władykę wychodzącego z cerkwi po służbie Bożej.
Jednym z organizatorów nagonki na sprawiedliwego był protojerej Jerzy Grabbe, sekretarz Synodu, jedna z najbardziej wpływowych postaci w Rosyjskiej Cerkwi za Granicą. Nie zawahał się on nawet przed fałszowaniem pism metropolity Anastazego, obwiniającego rzekomo arcybiskupa Jana. Po wielu latach, kiedy były sekretarz Synodu sam już był biskupem, jego syn dopuścił się rzeczywiście defraudacji cerkiewnych pieniędzy. Wtedy, na starość, przeżył swoją porcję wstydu i upokorzenia, gdyż amerykańskie media postarały się upowszechnić aferę. Trudno w tym miejscu nie pozwolić sobie na refleksję jak dobro lub zło, które w życiu posiejemy powraca do nas niczym bumerang.
Dla Eugeniusza sąd nad jego ulubionym władyką był doświadczeniem szczególnie bolesnym. Tym bardziej, że wszystkie te gorszące przejścia miały miejsce w krótkim czasie po przyjęciu przez niego Prawosławia. Do tej pory nie miał pojęcia, do czego zdolni są hierarchowie otumanieni własną władzą, otoczeni dworem klakierów i przekonani o własnej nieomylności w nie mniejszym stopniu niż Biskup Rzymu.
Sąd nad władyką Janem zakończył się wyrokiem uniewinniającym, lecz mało kto się tym już interesował. W pamięci amerykańskiego społeczeństwa pozostały raczej nagłówki prasowych doniesień o rosyjskim biskupie prawosławnym, który zagarnął pieniądze zebrane przez wiernych na budowę nowego soboru w San Francisco. Przeciwnicy władyki wnosili bez końca apelacje i aż do samej jego śmierci sprawa nie została definitywnie zakończona. Ciągnęła się przez następne dwa i pół roku.
Pieniądze na ten „zbożny” cel brano z funduszów przeznaczonych na budowę soboru. W końcu władyka został ponownie zatwierdzony jako ordynariusz swojej diecezji a biskup Nektariusz jako jego pomocnik. Nowo wybrany komitet parafialny zakończył budowę soboru.
W Glebie i Eugeniuszu coś się jednak załamało, runęła ich naiwna wiara w hierarchię cerkiewną, jakoby kierowała się ona sumieniem i dobrem Cerkwi. Jak się prawdziwie okazało, wśród nich byli także ludzie ani nie bojący się Boga, ani wstydzący ludzi, a jedynie zapatrzeni w swoje ja.
Gleb zapisał w swoim pamiętniku: „Taka niesprawiedliwość wobec świętego człowieka, który przyjechał tutaj z Europy tylko po to, żeby pomóc zbudować świątynię, pozostawiła głęboką i piekącą ranę w duszy każdego świadka tych wydarzeń”.
Serce władyki Jana także bolało nad tym, co działo się w Cerkwi i do jakiej podłości zdolni byli jego bracia w biskupstwie. „Jestem zupełnie sam – powiedział jednemu z parafian – jeżeli dowiesz się, że umarłem, wiedz, że to oni mnie zabili”.
Będąc obecnym podczas rozprawy sądowej Eugeniusz widział świętego. Szedł śladami swojego Zbawiciela na Golgotę. Władykę Jana tak jak Chrystusa ukrzyżowali hierarchowie jego Kościoła. Faryzeusze żyją i obecnie, dobrze się mają, zajmują kluczowe stanowiska w samym Kościele Chrystusowym. A naśladując Chrystusa arcybiskup Jan przebaczył im wszystkim. Kiedy pytali go, kto zawinił, odpowiadał: „Diabeł”. Żywa Ewangelia Jezusa Chrystusa, wieczne wcielenie Prawdy w życiu ludzi, została podana Eugeniuszowi w sposób jak najbardziej poglądowy.
Nie minęło wiele czasu a ci sami hierarchowie, którzy postawili przed sądem arcybiskupa Jana (Maksymowicza) i w konsekwencji doprowadzili do jego śmierci, nie mogąc przeciwstawić się kultowi, jakim otoczona była jego osoba przez wiernych, dokonali jego uroczystej kanonizacji.

NOWE CHRZEŚCIJAŃSTWO

Przygotowywana do druku książka Eugeniusza Królestwo ludzkie i Królestwo Boże rozrastała się niewspółmiernie. Autor najwyraźniej nie mógł zapanować nad materiałem. W końcu książka nie została ukończona. Jej część w brulionie czytał wybitny cerkiewny pisarz archimandryta Konstantyn (Zajcew), odpowiedzialny za pracę wydawniczą monasteru w Jordanville. Wysoko ocenił pracę młodego filozofa.
Za główną herezję naszych czasów uznał autor chiliazm, jako próbę zbudowania Królestwa Bożego już tutaj na ziemi. Zamiar ten dostrzegał u przedstawicieli różnych, niekiedy zupełnie sprzecznych ze sobą ideologii. Ten sam cel mieli współcześni chrześcijanie, komuniści i okultyści. Była to religia Wielkiego Inkwizytora, pokusa religii chleba powszedniego. Chiliazm wraz z nihilizmem był dla Eugeniusza kluczem do zrozumienia współczesności.
Takie same tendencje doszły do głosu w Kościele Rzymsko-katolickim po Soborze Watykańskim II. W sposób wyraźny Kościół ten przesunął się w stronę chiliazmu. Papież Jan XXIII, zwracając się do prawosławnych, mówił o potrzebie wsłuchiwania się w ducha czasów, gdyż, według niego, duch czasów to głos Boży.
Zamiast chrześcijaństwa – pisał Eugeniusz – proponują nam chrześcijański humanistyczny idealizm. W Kościele rzymskim dostrzegał wiarę w człowieka i ziemskie szczęście. Rzym staje się nauczycielem ludzkości, źródłem uniwersalnego humanizmu, gdzie nie tylko chrześcijanie i przedstawiciele innych religii, ale nawet ateiści mogą znaleźć coś dla siebie. Jest to apel do wszystkich ludzi dobrej woli. Rzym od czasów soboru zaczął głosić nowe chrześcijaństwo.
Najbardziej charakterystyczną postacią tej nowej koncepcji chrześcijaństwa był dla Eugeniusza Thomas Merton. Niegdyś Eugeniusz zachwycał się tą postacią. Młody nihilista nie tylko nawrócił się na chrześcijaństwo, ale jeszcze został mnichem w jednym z katolickich zakonów o najsurowszej regule. Niestety kolejne jego publikacje budziły coraz to większy sprzeciw Eugeniusza. Polemizował z nim listownie. Największy dramat współczesności – pisał Eugeniusz – tkwi w tym, że ludzie zdają sobie sprawę, iż nie samym chlebem żyje człowiek, ale duchowy głód mogą oni zaspokajać tylko w odnowionym Kościele, gdzie zamiast duchowości karmią ich surogatami.
W następnych latach Eugeniusz z goryczą obserwował duchowy rozwój Mertona. Porzucił on ideały młodości, którym służył przez 25 lat swojego życia i które doprowadziły go do klasztoru. Swoją duchową inspirację zaczął teraz czerpać z Orientu, głównie z buddyzmu tybetańskiego. W swoim wydanym już po śmierci Dzienniku azjatyckim18 stwierdza otwarcie, iż czuje się buddystą, a to jakoby zupełnie nie przeciwstawia się jego chrześcijaństwu.
Był kiedyś okres, kiedy Eugeniusz miał nadzieję, że może znakomity pisarz katolicki przejdzie tę samą duchową drogę, jaką przeszedł on sam, od buddyzmu do wschodniego chrześcijaństwa. Lecz te nadzieje nie spełniały się. Wyjeżdżając do Azji, Merton już patrzył na chrześcijaństwo nie jako wcielenie odwiecznej Prawdy, lecz ekumenicznie, czyli jako na jedną z licznych dróg ludzkości do Boga i wcale nie specjalnie wyjątkową. Zainteresowany był tantrą i szukał dla siebie tybetańskiego guru, który wprowadziłby go w jej arkana. Nie było wcale pewne, czy chce jeszcze powrócić do trapistów. Dla Eugeniusza jego tragiczna śmierć w Bangkoku była tylko wyrazem Bożej Opatrzności, w ten sposób powstrzymała go przed nowymi szaleństwami na drodze duchowych poszukiwań.
Droga Thomasa Mertona miała być dokładnie odwrotna do tej, jaką przebył Eugeniusz Rose, gdyż od chrześcijańskiego monastycyzmu poszedł w kierunku pogańskich tradycji religijnych Azji. Eugeniusz porzucił je, odnajdując Chrystusa. Jego droga wzrastania w prawosławnej wierze dopiero się zaczynała.

ZNAJOMOŚĆ Z ROSJĄ

W lipcu 1963 roku matka Gleba, Nina Aleksandrowna, zamieszkała w Monterey i Eugeniusz miał okazję poznać Iję, piękną siostrę swojego przyjaciela. Wydawało się, że oboje będą stanowić piękną parę. Wybrali się kiedyś na spacer. Ona szczęśliwa wesoło szczebiotała przez cały czas niczym ptaszę. Eugeniusz jak zwykle milczał. Później brat pytał siostrę o wrażenia. „Nie potrafię tego objaśnić – odpowiedziała – on nie jest z tego świata”.
Jej matka, 63-letnia kobieta, była dla Eugeniusza jeszcze jednym odblaskiem dawnej Rosji. Pamiętała jeszcze Ruś sprzed Rewolucji. Eugeniusz interesował się wszystkim, ona godzinami opowiadała mu o nowej władzy i jej niegodziwościach. Sowieci aresztowali jej męża, ojca i 20-letniego brata. Mówiła mu nie tylko o diabelskim komunizmie, lecz i o przedrewolucyjnej Rosji. Przed jego oczyma przesuwały się obrazy cerkwi (w samej tylko Moskwie było ich 1600). Wszędzie złotem lśniły kopuły. Rano setki dzwonów wzywały do modlitwy.
Wywodząc się z inteligenckiej rodziny, Nina Aleksandrowna nie ceniła religijności białej Rosji. Dopiero po przyjściu syna do Prawosławia zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, czym ono było. Wcześniej nauczono ją widzieć Prawosławie jako religię dobrą dla chłopów. Wyższe klasy patrzyły na to wszystko z nieukrywaną wyższością, chociaż formalnie rzecz biorąc one także były prawosławne. Pomiędzy religijnością prostego ludu a inteligencją bywającą niekiedy w cerkwi, bo tak wypadało, głównie z okazji ślubów i pogrzebów, była niewyobrażalna przepaść.
Pod wpływem tych rozmów kultura rosyjska stała się dla Eugeniusza tak bliska, że mógł zapisać w swoim dzienniku, że czuje się bardziej Rosjaninem niż Amerykaninem. Mimo tego stwierdzenia, podyktowanego gorliwością neofity, nie uważał, aby przyjmując Prawosławie należało się zaraz rusyfikować. Wprost przeciwnie, chciał zanieść Prawosławie Amerykanom i życzył sobie, aby pozostawali oni sobą wraz ze swoimi najlepszymi cechami charakteru. Gleb tylko na początku poprawiał jego amerykański akcent, gdy rozmawiali po rosyjsku. Później doszedł do wniosku, że skoro jest Amerykaninem, to nie ma potrzeby robić z niego Rosjanina. Lubił też „służby” w języku starosłowiańskim, lecz zdawał sobie sprawę, że dla Amerykanów konieczne jest wprowadzenie języka angielskiego do cerkiewnego użytku. Ale najważniejszy nie jest wcale język liturgii, modlić się można także podczas niezrozumiałego nabożeństwa. Przede wszystkim powinniśmy przyjąć Królestwo Boże i uczynić je samą istotą naszego życia.

WIERZĘ CI

Eugeniusz zastanawiał się nad swoim dalszym życiem. W środowisku rosyjskim było kilka dziewcząt, które chętnie widziałyby go w roli swojego narzeczonego, lecz jego to nie pociągało. W 1963 roku pisał do Alison: „Jeżeli Bóg pozwoli, za rok lub dwa zostanę mnichem, być może kapłanem. Chcę służyć Bogu”. Wśród rosyjskiej emigracji ideał monastyczny był czymś dziwnym, mało kto myślał o życiu w monasterze. Kiedy usłyszała o tym Nina Aleksandrowna, licząca po cichu na małżeństwo córki z młodym człowiekiem, trzeźwo powiedziała, żeby wybił sobie z głowy te durne marzenia. Jego rodzice również byli zdania, że przesadna religijność do niczego dobrego nie prowadzi, jest chorobliwa i należy się z tego leczyć. A kiedy do tego zobaczyli slajdy przedstawiające prawosławnych mnichów, byli po prostu taką perspektywą dla syna przerażeni i załamani. Pokładali w nim całą swoją nadzieję, a teraz miał im się zmarnować.
Na podobnym rozdrożu stał również Gleb. Matka postawiła mu twarde warunki. Syn może sobie jechać gdzie chce, ale najpierw ma kupić jej dom, a potem znaleźć męża dla siostry. Jego celem było dawanie świadectwa Prawosławia dla Amerykanów. Myślał o założeniu Bractwa św. Hermana celem prowadzenia pracy misyjnej. Groźba klątwy matki w przypadku, gdyby został samowolnie mnichem spowodowała, że widział już siebie jako żonatego księdza-misjonarza.
Znał głęboko wierzącą dziewczynę, Sonię, i jak mu się wydawało, byłaby odpowiednią dla niego żoną. Tylko najpierw musiał się dowiedzieć, czy narzeczona podziela jego sposób patrzenia na życie, określany przez jego własną matkę jako idiotyczny. W tym celu dał jej do przeczytania książkę Opowiadania pielgrzyma. Podczas gdy Sonia czytała książkę, Gleb gorąco modlił się o poznanie woli Bożej co do przyszłego życia.
Z jaką niecierpliwością Gleb oczekiwał weekendu. Spotkali się w małej, zacisznej, ulubionej przez bitników kawiarence. Idąc na spotkanie wiedział, że od jej odpowiedzi zależeć będzie całe jego dalsze życie. W końcu nie wytrzymał, spytał wprost o wrażenia z lektury. Sonia spochmurniała i powiedziała: „Takich bzdur w życiu nie czytałam”. Gleb przeżył szok. Poczuł się, jakby dostał obuchem po głowie. Marzenia o wspólnym życiu runęły niczym domek z kart. Sonia, jak to kobieta, intuicyjnie wszystko zrozumiała i rozpłakała się. Jej marzenia były zupełnie inne, a więc dzieci, samochód, dobra praca, elegancki mąż. Owszem, cerkiew jak najbardziej, ale bez przesady, raz w niedzielę w zupełności wystarczy.
Gleb westchnął głęboko, uśmiechnął się, chociaż było mu ciężko. Wszystko skończone. W tej chwili właśnie zrozumiał, jak bardzo ją kochał i jak chciał z nią być, lecz nie za cenę wyrzeczenia się swoich ideałów. Szli trzymając się za ręce i patrząc na zachód słońca. Na pożegnanie przeżegnał ją. Odchodząc wiedział, że do końca swoich dni będzie się za nią modlił.
Było już późno, kiedy Gleb zastukał do drzwi przyjaciela. Słychać było w środku głośne dźwięki muzyki Wagnera. Stojąc na progu Gleb powiedział: „Dopiero co zerwałem ostatnie nadzieje na ziemskie szczęście. Umarłem dla świata i jest mi gorzko, ale powrotu nie ma”. Upadł na dywan pod drzwiami i głośno zaszlochał. Eugeniusz spokojnie wysłuchał, nastawił muzykę Chopina i zaproponował kolację. Stwierdził zwięźle: „Zrywając z Sonią całkowicie oddałeś się Bogu”.
Gleb wiedział jedno – nie powinni iść utartą cerkiewną koleiną. Muszą zbudować coś nowego. Nie wlewa się nowego wina do starych bukłaków. Wędrując kiedyś samotnie nad oceanem nocą, zaczął się modlić: „Boże, ukaż mi drogę, co mam robić?” I w jednej chwili wszystko stało się jasne. Tak, sklepik z książkami! Będą tam sprzedawać cerkiewną ascetyczną literaturę. Za pieniądze w ten sposób zarobione kupią ziemię z przeznaczeniem na skit. Będą popularyzować prawosławną literaturę, tak potrzebną wszystkim, którzy dopiero co przyszli do Prawosławia. Kiedy poszedł z tym do Eugeniusza, był u niego James. Od progu Gleb powiedział, iż ma coś nader ważnego do przekazania, lecz przedtem muszą się pomodlić. Klęcząc przed ikonami odśpiewali cały kanon do Matki Bożej. Po czym przedstawił im swój plan zdobycia pieniędzy na skit.
James miał kwaśną minę. Wszystko to było dla niego jakieś nie do przyjęcia: „Łączyć religię ze zdobywaniem pieniędzy. Mnie w to nie mieszajcie”. Eugeniusz stał absolutnie spokojny. Popatrzył Glebowi w oczy i powiedział: „Wierzę ci”. „Teraz już wiedziałem – opowiadał potem Gleb – wszystko, co sobie wymarzyłem, tak się i stanie. Powstanie Bractwo św. Hermana, a on zostanie zaliczony w poczet świętych, będzie też sklep z książkami, a potem pustelnia. Kupię dom dla matki, opublikujemy książkę Eugeniusza, a kiedyś na Alasce założymy nowy Walaam”.

BRACTWO

Do Bractwa św. Hermana, oprócz Eugeniusza i Gleba, należał jeden z wychowanków władyki Jana oraz Antoni, Serb, student z seminarium św. Tichona w Pensylwanii. Gleb namalował ikonę św. Hermana i poprosił o błogosławieństwo na pracę Bractwa u władyki Jana. O. Gerasim z Alaski miał nadzieję, że bracia przyjadą do niego tutaj budować monaster. Eugeniusz jednak przekonywał, że jeżeli mają prowadzić pracę misyjną, musi to być w Kalifornii. Zadecydowali, iż ich sklepik z książkami powinien być poza cerkwią. Gleba zawsze denerwowało i smuciło, gdy podczas nabożeństw słychać było brzęk liczonych monet. O ile bracia wiedzieli, wtedy w całej Ameryce nie było nawet jednego takiego prawosławnego sklepu.
Udało się znaleźć pomieszczenie niedaleko od soboru. Miesięczny czynsz wynosił 85 dolarów. Dla ubogich entuzjastów Prawosławia był to duży wydatek. Dogadali się z właścicielem w dzień św. Sawy Serbskiego 12/25 stycznia 1964 roku. W taki sposób skończyły się wreszcie czasy snucia pięknych marzeń, teraz trzeba się było wziąć do roboty.
Pierwszą czynnością braci było przeniesienie do sklepu ikony św. Hermana, do tej pory znajdującej się w domowej cerkwi arcybiskupa Jana. Nieśli ją uroczyście, ze śpiewem, przez rojną i gwarną ulicę amerykańskiego miasta. Zajmujący się sprzedażą książek przy cerkwi Piotr Gubinyn kiwał tylko nad nimi głową: „Zobaczcie, ile ja mam tutaj literatury. Nikt tego nie chce kupować. Nasi parafianie w ogóle nie są zainteresowani książką religijną”. Zaproponował, aby cerkiew opłacała czynsz za sklepik. Eugeniusz nie chciał się zgodzić. Jego amerykańska natura potrzebowała wolności działania. Związania się z cerkiewnymi organizacjami nie dało się pogodzić ze swobodą działania. Powstało pytanie, jak ma się nazywać nowa firma. Eugeniusz zaproponował po prostu „Prawosławne chrześcijańskie książki i ikony”.

TEOLOGICZNE KSZTAŁCENIE

W tym czasie arcybiskup Jan rozpoczął prowadzenie kursów teologicznych. Zajęcia miały miejsce w domu św. Tichona. Słuchaczy zgłosiło się całkiem sporo. Wykłady obejmowały liturgikę, patrystykę, Stary i Nowy Testament, apologetykę, historię Kościoła, teologię pastoralną, śpiew cerkiewny, nawet rosyjską literaturę.
Eugeniusz uczęszczał na te kursy przez 3 lata. Jego, byłego protestanta, przerażała nieznajomość Biblii u słuchaczy. Jeszcze w roku 1963 arcybiskup Jan dał Eugeniuszowi misyjne zadanie. Miał pisać artykuły do diecezjalnego periodyku Prawosławny błagowiestnik. Były to jakby krótkie kazania na różne tematy. Weszły później do zbioru Królestwo Niebieskie. Były to doskonałe ćwiczenia teologiczne.
Oprócz dyżurów w sklepie pracował jeszcze jako stróż nocny i pomywacz w restauracji. Eugeniusz tak bardzo potrzebował ucieczki z betonowej wielkomiejskiej dżungli. Jego ulubionym zajęciem było zbieranie grzybów. Dawało mu to tak potrzebny dla duszy kontakt z przyrodą. Z radością już na zawsze pożegnałby miasto z całym jego rozgardiaszem. Potrzebował najbardziej balsamu ciszy, jaką można odnaleźć jedynie w leśnej głuszy.

SKLEPIK Z KSIĄŻKAMI

Bracia mieli nadzieję, że sklep poświęci osobiście władyka Jan. W ustalony dzień, zamiast niego, na progu stanął o. Spirydon – nieuczesane, spadające na oczy włosy, stary kłobuk, przykrótka riasa19 i zbyt duże buty – miał w sobie coś z Charlie Chaplina. Przyjaciele byli wyraźnie rozczarowani a pokorny Spirydon zmieszany. Odprawił moleben przed ikoną św. Hermana. 27 marca 1964 sklepik został oficjalnie otwarty. Postanowili – Bractwo nie będzie przyjmować ofiar ani otrzymywać ich z cerkwi.
Młodzi entuzjaści prawosławnej misji szybko się przekonali, jak nikłe jest zapotrzebowanie na literaturę poświęconą życiu duchowemu wśród wyznawców Prawosławia, szczególnie rosyjskiego pochodzenia. (Odkryli dziwną prawidłowość – ludzi urodzonych w Prawosławiu na ogół ono zupełnie nie interesowało). Większym powodzeniem cieszyły się ikony, kadzidło, łampadki i tym podobne. W parafii zaraz „życzliwi” rozpuścili plotkę o nowym sklepiku otwartym przez komunistów celem sprzedaży sowieckiej propagandowej literatury. Biali Rosjanie, po doświadczeniach z bolszewikami, byli jak najbardziej ostrożni wobec wszystkiego co nowe, a wszędzie węszyli radzieckich agentów.
Pomimo tych zastrzeżeń środowiska do popularności sklepiku wśród rosyjskich dam przyczyniło się w dużej mierze to, że sprzedawca był nader przystojnym młodym człowiekiem. Starsze i młodsze patrzyły na Eugeniusza z zachwytem. W końcu, oprócz egzaltowanych pań mających córki na wydaniu, zaczęli zaglądać do sklepiku także i młodzi Amerykanie, poszukujący duchowości. W osobie Eugeniusza spotykali się oni z prostą ale twardą wiarą, z głęboką i dokładną myślą. Spotykali wreszcie kogoś, kto ich naprawdę słuchał, a tego najbardziej potrzebowali, mogli mówić o swoich wątpliwościach i poszukiwaniach. Ze swojej strony Eugeniusza radowało każde spotkanie z poszukiwaczami Prawdy.
„Młodzież zupełnie niczego nie wie o Prawosławiu – pisał Eugeniusz w kronice Bractwa – i dlatego ciągnie ją do sekt. Trafiają tam najbardziej gorliwi poszukiwacze duchowości. Ekumeniści nie mają im nic do zaoferowania, bowiem oddani są pogoni za współczesnością. Odwrotnie, sekty nie gonią za modą i stawiają adeptom wysokie wymagania”.
Dzięki sklepikowi bracia dopomogli kilku osobom znaleźć drogę do Prawosławia. Wśród nich byli gorliwi katolicy, rozczarowani swoim Kościołem w dobie posoborowych przemian. Wszystkie tradycje, w jakich zostali wychowani, zostały w jednej chwili zakwestionowane. Nic dziwnego, że w tej sytuacji poszukiwali Kościoła, który nie stosuje się do aktualnie panującej mody teologicznej, a który dzisiaj i jutro będzie głosił to samo.
Niektórzy zarzucali braciom sprzedawanie świętych ikon za pieniądze i do tego jeszcze poganom. Problem ten rozwiązał sam arcybiskup Jan. Jeżeli bracia wyczuwają, że ikonę kupuje ktoś dla świętokradztwa, wtedy nie wolno jej sprzedawać, w pozostałych wypadkach nie wzbrania się jej sprzedawać nawet poganom. Ikona niesie wieść o Bogu, dopomaga duszy spotkać się z Nim. Każdą sprzedaną ikoną, wierzącemu czy nawet ateiście, dopomagacie ludziom przeciwstawić się złu.
Bracia modlili się po cichu za każdego wchodzącego, a na pożegnanie błogosławili go znakiem krzyża.

PRAWOSŁAWNE SŁOWO

Pod koniec roku 1964 bracia zrozumieli, że przyszedł czas, żeby samemu zacząć coś drukować. W tym celu kupili starą maszynę drukarską za 200 dolarów. Zakupu dokonali w sam dzień Narodzenia Bogurodzicy, otwierający w kalendarzu cerkiewnym cykl wielkich świąt. Ważne jest, aby głos Prawosławia usłyszeli wszyscy, co tego pragną. Nieistotne jest, że na początku będzie on cichy.
Na początek wydrukowali pouczenie św. Serafina z Sarowa. Na razie nie mieli pieniędzy na wydawanie stałego periodyku o życiu duchowym. Cel, jaki sobie stawiali, to zaznajomienie amerykańskiego społeczeństwa z pierwotnymi źródłami prawosławnej wiary.
Pierwsze numery Prawosławnego Słowa, a tytuł taki dla ich czasopisma wybrał sam arcybiskup Jan, drukowali w drugim pomieszczeniu za sklepem. Trzy pierwsze numery składali na starej maszynie, zupełnie jak w czasach Gutenberga. Od czwartego zakupili maszynę elektryczną i praca stała się lżejsza. Pismo wyglądało zupełnie jakby było drukowane na długo przed Rewolucją 1917 r., posługiwano się maszynami, jakie powinny znaleźć się już na poczesnym miejscu w muzeum techniki. Dzięki temu w ich wydaniach było coś niepowtarzalnego.
Praca nad wydawaniem Prawosławnego Słowa tak całkowicie pochłonęła Eugeniusza, iż został on zmuszony do porzucenia pisania swojej książki. Za jego życia wyszło ponad 100 numerów pisma, z czego większość artykułów wyszła spod jego pióra. Z początku bracia prosili o ocenę każdego numeru władykę Jana. Ale święty naszych czasów wcale nie chciał być cenzorem. Chciał nauczyć ich samych odpowiedzialności za słowo. „W naszych czasach – mówił władyka – aby zachować chrześcijaństwo, wszyscy trudzący się na niwie Prawosławia powinni pracować samodzielnie w imię Chrystusa”.

ASCETYCZNY WYSIŁEK

Kiedy już ich wymarzony periodyk ukazał się, powstało zasadnicze pytanie: do kogo go posyłać? Napisali do Jordanville z prośbą o przysłanie adresów wszystkich zainteresowanych prawosławnym pismem, wydawanym w języku angielskim. Przysłano im wszystkiego 37 adresów. Czytelników trzeba było szukać samemu. Braci to nawet ucieszyło, zaczną wszystko od zera, nie będą szli utartym szlakiem.
W pierwszym roku działalności wydawniczej udało się rozprowadzić po 500 egzemplarzy każdego numeru. W przyszłości nakład rozrósł się do 3 tys. egzemplarzy. Z upływem czasu zapotrzebowanie na anglojęzyczną literaturę prawosławną okazywało się coraz większe. Nawet matka Gleba nie wierzyła w celowość tego, co robili. Znajomym mówiła: „mój syn sam tłumaczy teksty, sam je drukuje, sam prenumeruje i opłaca i sam chyba tylko czyta to swoje pisemko”.
Jeden z duchownych rosyjskich powiedział braciom: „Poumieracie z głodu, zajmując się pracą misyjną wśród Amerykanów”. Samo przez siebie było to zrozumiałe. Prawosławie jest wiarą prawie wyłącznie dla samych Słowian, no, może jeszcze dla Greków, ale prawosławni Amerykanie, to był jakiś zupełnie szalony pomysł. Amerykanin prawosławnym? Dla nosicieli tego poglądu Prawosławie nie było dawną wiarą chrześcijaństwa, nieskażonym Kościołem Chrystusowym, a po prostu pewnym kulturowym dziedzictwem  do którego obcym wstęp był wzbroniony, do którego obcy nie mieli praw.
Dla braci praca przy drukarni była ascetycznym wysiłkiem. Właśnie tego w życiu szukali. Tylko „podwig” napełniał ich życie sensem. Mówili sobie, jeśli Słowo będzie napisane naszym potem i łzami, nie może pozostać bezpłodnym. Obaj członkowie nowego Bractwa pracowali w pocie czoła misyjnie, a dwaj inni poszli swoją drogą. W końcu i oni zostali mnichami. Władymir w rosyjskim, a Antoni w serbskim monasterze, czyli wypełnili ślubowanie dane na pierwszym spotkaniu Bractwa 12 września 1964 r. – poświęcili całe swoje życie służbie św. Prawosławnej Apostolskiej Cerkwi. Smutne było tylko rozstanie z nimi, odeszli nagle, pozostawiając tylko kartkę. Ponad setka ludzi miała przejść przez Bractwo, ale naprawdę było w nim tylko ich dwóch. Eugeniusz nie znał jednej minuty bez zajęcia. Oprócz pracy w sklepiku i przy drukarni codziennie śpiewał na klirosie w soborze podczas rannych i wieczornych nabożeństw. Podczas pracy przeważnie milczał.

APOSTOLSKIE WIDZENIE ARCYBISKUPA JANA

W San Francisco arcybiskup Jan założył Rosyjskie Prawosławne Towarzystwo Ikonopisania. Jego celem było podtrzymywanie tradycyjnego, rosyjskiego sposobu „pisania” ikony. Eugeniusz był jego skarbnikiem. Za jedno z głównych zadań towarzystwo uznało pomaganie Pimenowi Maksymowiczowi Sofronowowi, ikonopisowi staroobrzędowej20 szkoły. Przez ponad pół stulecia „pisał” on swoje prace. Życzeniem władyki Jana było, aby właśnie on wymalował nowy sobór.
W 1965 r. Towarzystwo zaprosiło Sofronowa do San Francisco, gdzie miał wykładać teorię ikonopisania. Znaleźli się od razu przeciwnicy starego stylu w malarstwie cerkiewnym i w rosyjskich gazetach rozpoczęła się ostra nagonka. Gleb i Eugeniusz byli oczywiście zwolennikami autentycznego i tradycyjnego Prawosławia. Lecz ich neoficka gorliwość przyhamowana została przez władykę Jana. Można modlić się przed starą ikoną – można i przed współczesną. Najważniejsze, żebyśmy nie pysznili się z posiadania prawidłowych ikon. Matka Boża działała cuda poprzez ikony różnych szkół. Nie dał się też namówić niektórym gorliwcom do wydania ukazu potępiającego nowy styl w malarstwie.
Władyka Jan przyczynił się do tego, iż pod koniec 1964 r. miało miejsce bardzo ważne wydarzenie w życiu Rosyjskiej Cerkwi za Granicą – kanonizacja św. sprawiedliwego Jana Kronsztadzkiego. Cerkiew w Sowietach nie ośmieliłaby się na ten krok. Było to niemożliwe, święty był z przekonania monarchistą, występował ostro przeciwko socjalistom i prorokował rewolucję z jej krwawymi następstwami. Władyka zwrócił się w tej sprawie do wszystkich zwierzchników Kościołów prawosławnych w wolnym świecie, nikt nie odpowiedział w obawie o polityczne następstwa tego kroku. Trudności nie powstrzymały arcybiskupa. Było coś niezwykłego w tym, że jeden z największych świętych naszych czasów przygotowywał kanonizację innego świętego, żyjącego pół wieku wcześniej.
W wigilię 1 listopada 1964 r. arcybiskup Jan celebrował uroczyste nabożeństwo. Po raz pierwszy od Rewolucji 1917 r. miał zostać przeprowadzony akt kanonizacji rosyjskiego świętego. Uczestników jednak było mało, bo wszystko odbywało się w przeddzień święta Hallowe’en ze zwykłym balem i maskaradą. Po służbie władyka pojawił się na balu z posochem w ręku. Obszedł całą salę w milczeniu wśród postaci przebranych za diabły, wiedźmy i tym podobne. Uczestnicy dosłownie skamienieli. Władyka nie powiedział ani słowa, zapadła znacząca cisza. Komentarz nie był potrzebny.
Kiedy po raz ostatni władyka Jan odwiedził ich sklepik, Eugeniusz zadał pytanie: „Ewangelia jest teraz głoszona wszystkim narodom. Czy to oznacza bliskość końca świata, o którym mówi Pismo święte?” „Nie – odpowiedział władyka – Ewangelia Chrystusa będzie głoszona we wszystkich językach w prawosławnym rozumieniu. Dopiero wtedy nastąpi koniec świata”. Uważał, że skoro Prawosławie znalazło się na Zachodzie, winno zająć się reanimacją dawnych tradycji z czasów nie podzielonego Kościoła pierwszego tysiąclecia. Zanim patriarchat rzymski rozciągnął nad nimi swoją władzę, lokalne Kościoły na Zachodzie posiadały ortodoksyjne tradycje bliskie wschodniemu chrześcijaństwu.
Dlatego właśnie starał się zorganizować Prawosławny Kościół Francji rytu galijskiego i sam wyświęcił dla nich biskupa o. Ewgrafa Kowalewskiego, a nawet celebrował liturgie galijskie. Nie znalazł jednak nawet odrobiny zrozumienia u innych biskupów swojego Kościoła i Synod zaraz na drugi dzień po tej chirotonii pozbawił sakry nowego biskupa.
Była to wielka boleść dla samego święciciela. Jeszcze będąc egzarchą zachodniej Europy władyka Jan troszczył się o Prawosławny Kościół Niderlandów i odprawiał św. liturgię w języku holenderskim. Także i to inni biskupi mieli mu za złe.
Wszędzie, gdzie arcybiskup Jan przebywał, szukał śladów miejscowych świętych z czasów nie podzielonego Kościoła: we Francji, Belgii, Italii, Niderlandach, Tunisie odnawiał kulty często dawno zapomnianych świętych.
Na święto Zwiastowania 1965 r. arcybiskup Jan poświęcił Eugeniusza na lektora, a o. Spirydona podniósł do godności archimandryty. Teologiczne kursy, chociaż prowadzone były w języku rosyjskim, Eugeniusz ukończył jako pierwszy uczeń. Glebowi zawsze się wydawało, że władyka otworzył te kursy wyłącznie ze względu na tego młodego Amerykanina, żeby dać mu możność zdobycia teologicznej oświaty, chociaż on dużo sam się kształcił.
Po ukończeniu ich przez Eugeniusza kursy zostały zamknięte. Wydaje się, że władyka od chwili, gdy tylko zobaczył skromnego młodzieńca, stojącego pokornie w kącie soboru, wiedział, jaką rolę odegra on niedługo w Cerkwi.
Ideą arcybiskupa było wprowadzenie w soborze nabożeństwa po angielsku. Wielu uznało to za niebezpieczne nowinkarstwo, cała bowiem praca Cerkwi za Granicą skierowana była na ochronę za wszelką cenę wiernych przez amerykanizacją i asymilacją. Pierwszą taką liturgię odprawił władyka z trzema ojcami i diakonem dnia 1 stycznia 1966 r., a zamiast chóru śpiewali Gleb i Eugeniusz.
Arcybiskup postanowił celebrować liturgię w języku angielskim w każdą pierwszą niedzielę miesiąca. Sam słabo znał angielski, lecz był przekonany, że pełnia Prawosławia powinna być dostępna Amerykanom w ich języku rodzimym.

ZAŚNIĘCIE ŚWIĘTEGO

Po raz ostatni władyka Jan był u braci w sklepiku 28 lipca 1966 r. Przyszedł do nich z cudotwórczą ikoną Matki Bożej Kurskiej, przed którą sto lat wcześniej modlił się św. Serafin Sarowski. Błogosławił ich ikoną, a później opowiadał o św. Albanie, pierwszym męczenniku z wysp brytyjskich i innych świętych rosyjskich nowych męczennikach.
Później władyka z ikoną pojechał do Seatle. Po drodze zajechał do maleńkiego kalifornijskiego miasteczka Reding odwiedzić Walentynę Charwi, swoją duchową córkę jeszcze z czasów Szanghaju. Będąc u niej, stał w oknie, długo patrzył na zachód, potem podniósł ikonę i błogosławił w tę stronę.
Po trzech dniach arcybiskup odprawił w Seatle św. liturgię. Po niej przez trzy godziny modlił się przy ołtarzu, po czym poszedł do swojego pokoju i tam upadł. Przewidział swoją śmierć na kilka miesięcy wcześniej.
Trumna władyki znalazła się w soborze przez niego wybudowanym w San Francisco. Przez cztery dni odprawiali czuwania, uroczyste panichidy21 , w przerwach między nabożeństwami kler czytał Ewangelię, a po północy młodzi ludzie do samego rana czytali psałterze.
„Poczuliśmy się – zapisał Eugeniusz – jak sieroty, straciliśmy bliskiego, kochającego nas i rozumiejącego człowieka. Płacz był powszechny.”
Nabożeństwo pogrzebowe celebrował nowo wybrany metropolita Filaret oraz arcybiskup Awierkij i biskupi Nektariusz, Sawa i Leoncjusz. Sobór przepełniony był po brzegi, zebrało się ponad 2 tysiące osób. Służba trwała sześć godzin, lecz ludzie nie rozchodzili się. Eugeniusz i Gleb w białych sticharionach przysługiwali przy ołtarzu. Dziwne było, bo chociaż wszyscy płakali, łącznie z biskupami, świątynię przepełniała cicha radość. Gleb patrzył na zapłakanego jak dziecko władykę Leoncjusza. Arcybiskup uśmiechnął się przez łzy i powiedział: „Teraz mamy swojego świętego”.
Arcybiskup Jan pochowany został w krypcie pod ołtarzem soboru. Na pochówek w świątyni potrzebne było specjalne zezwolenie rady miejskiej. Od razu ludzie zaczęli przychodzić modlić się na jego grobie, tak jak za życia szli do niego po poradę i duchową pociechę. I tak rozpoczęło się pośmiertne wysławianie błogosławionego Jana – cudotwórcy ostatnich czasów.

WIZJA SKITU

Po śmierci władyki Jana tymczasowym zarządcą eparchii został władyka Nektariusz. Postarał się wiele zrobić dla kultu świętego naszych dni. W krypcie czytano codziennie psałterz, odprawiano liturgię, spowiadano. Przy grobie zaczęły dziać się cuda.
Bracia myśleli coraz częściej o tym, jak by porzucić miasto. Ciągnęło ich do życia pustelniczego. Dla nich było to oczywiste, tylko monastycyzm pustelniczy zachował ducha dawnego katakumbowego Kościoła i tylko ten duch podtrzymuje Prawosławie w jego wyznawaniu wiary. Bracia zapragnęli żyć w pustelni jak dawni mnisi, o których tyle czytali. Teraz chcieli żyć jak i oni, jak u źródeł monastycyzmu.
Tymczasem przyjechał do nich biskup Sawa z Edmonton. Proponował Eugeniuszowi skończenie seminarium w Jordanville, święcenia kapłańskie, a później, być może, kto wie, może i biskupstwo. Wtedy dopiero można organizować pracę misyjną. Sklepik z ikonami to strata czasu.
Jeszcze co innego proponował władyka Nektariusz. Niech bracia wstąpią do organizowanej przez niego mniszej wspólnoty. Było to dla nich niewątpliwie bardziej interesujące. Życie mnisze pod kierownictwem władyki Nektariusza, duchowego spadkobiercy optyńskich starców, to było akurat coś jakby dla nich. Pomimo wszystko bracia odmówili, chociaż ogromnie polubili władykę. Swój skit wyobrażali sobie z daleka od ludzi, pozbawiony wszelkich cywilizacyjnych udogodnień, bez telefonu, elektryczności, kanalizacji. Bliski był im ideał pionierów.

PRZED DECYDUJĄCYM KROKIEM

„Jeśli nasze marzenie o skicie się ziści – pisał Gleb do Eugeniusza – będzie to cud”. On sam mógł odwiedzać sklepik tylko w weekendy, cała robota była w rękach jego przyjaciela. Tłumaczył teksty, pisał artykuły, sprzedawał w sklepie, odbierał telefony, drukował pismo i był jeszcze na wszystkich długich służbach odprawianych w soborze. Coraz więcej ludzi odwiedzało sklepik, chcąc się czegoś dowiedzieć o Prawosławiu. Stało się to zwłaszcza z chwilą, od kiedy w ich witrynie pojawiły się tchnące niezwykłym blaskiem ikony autorstwa Sofronowa.
W wigilię święta Sergiusza i Hermana Walaamskich 11/24 września 1966 w krypcie z grobem władyki Jana bracia odśpiewali całonocne czuwanie i złożyli ślub wierności jeden drugiemu na całe życie, wierności Cerkwi i naukom władyki, a na koniec ślubowali pozostawić świat i zrealizować swoje marzenie o pustelni.
W sierpniu 1967 r. do diecezji San Francisco przybył naznaczony przez Synod nowy jej rządca, arcybiskup Antoni (nie mylić z drugim arcybiskupem o tym imieniu, prześladowcą władyki Jana). Mroczne przeczucia owładnęły braćmi.
Pierwszymi krokami nowego ordynariusza było ograniczenie kultu poprzednika. Zabronił odprawiać św. liturgię w krypcie (poza rocznicą śmierci). Zlikwidował Prawosławny Błagowiestnik. O. Spirydon został wikariuszem młodego, dopiero co wyświęconego batiuszki. Pokorny władyka Nektariusz nie miał śmiałości przeciwstawić się nowym porządkom. Arcybiskup Antoni był cerkiewnym politykiem o umysłowości urzędnika. Od początku chciał podporządkować sobie Bractwo. Nie mógł zrozumieć, że oni chcą być z daleka od wszelkich cerkiewnych organizacji. Widział w nich jedynie dwóch kandydatów do święceń. Oni ze swej strony nie zamierzali przemienić się w urzędników cerkiewnych, ich cel był zupełnie inny. Przyszła pora, żeby odejść na pustynię.
W poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na pustelnię bracia zaczęli rozglądać się po całej Kalifornii. Jednego razu podczas przechadzki, umęczony jazdą autobusem, po całonocnym paschalnym nabożeństwie, Eugeniusz padł na łące i zasnął wśród traw. Gleb patrzył na niego i przyszła mu dziwna myśl: leży jak martwy. Straszne proroctwo targnęło jego sercem – jego przyjaciel długo nie pożyje. Ma niewiele czasu, a chciałby pomóc ludziom obudzić się z duchowego letargu, pomóc im rozeznać istotę Prawdy, którą sam poznał niedawno. Gleb poczuł a właściwie usłyszał Boże wezwanie. Głosić mistyczną stronę chrześcijaństwa. Ich droga jest jedyna w swoim rodzaju. Zrozumiał to wszystko w tej właśnie jednej chwili.
Bracia zamierzali kupić kawałek gruntu, a z trudem zbierali 85 dolarów na wynajem sklepu, oprócz tego były inne wydatki. Po prostu nie mieli pieniędzy. Eugeniusz znalazł ogłoszenie „Do sprzedania jest duży kawałek ziemi niedaleko osady Platina (64 mieszkańców)”. Pojechali obejrzeć. Akurat w niedzielę przypadała rocznica zgaśnięcia arcybiskupa Jana. Bracia przyjęli św. Eucharystię i długo żarliwie modlili się przed wyjazdem.
W poniedziałek 3 lipca 1967 pojechali z Ławrentim jego samochodem na północ. Po drodze spotkali się z agentem nieruchomości. Jadąc oglądali sceny z westernów: kowboje gnali stado bydła. Eugeniusz cieszył się jak dziecko, powracał do krainy dzieciństwa.
Droga prowadziła pod górę. Trzeba było pozostawić samochód i pójść pieszo. Doszli do polany pośród starych, mocnych dębów, na północnym stoku góry. Kraina, jaka roztaczała się przed ich oczyma, tchnęła godnością i wspaniałością. Kiedy stanęli na stoku góry, widok był tak czarujący i pełen pokoju, iż bracia długo stali w niemym zachwycie, nie mogąc wymówić słowa.
Gleb oprzytomniał pierwszy, zaczął rozmowę z agentem na temat ceny. Za 80 akrów mieli zapłacić 14 tysięcy dolarów. Przyjaciele ze smutkiem popatrzyli na siebie. O takich pieniądzach nie śmieli nawet marzyć. Ledwo wiązali koniec z końcem. Bolały ich serca, przecież to miejsce było idealnie dla nich, tego właśnie szukali. „Hospody – wzdychał Gleb – pozwól nam tutaj żyć”.
Zadatek był niewielki, właściciel spieszył się sprzedać grunty. Nie było tutaj wody i głusza zupełna wokoło. Od zachodu Park Narodowy, na południe na 40 mil ani jednej farmy. Łatwiej było spotkać tutaj niedźwiedzia niż człowieka. Powietrze przepełniał aromat strzelistych sosen. Lepszego miejsca już nie znajdą.
Wracali do domu szeroką doliną Sacramento. Była pora wieczorna, słońce chyliło się ku zachodowi. Bracia zaśpiewali „Błogosław duszo moja” (Ps. 103). Gleb zauważył łzy w oczach przyjaciela. Po powrocie z emocji nie mogli zasnąć. Udali się więc do krypty władyki Jana, mieli do niej swoje klucze. Przy grobie znużeni podróżą zaczęli się modlić nie o ziemię, bo tę już mieli, tylko o rozpoznanie woli Bożej.
Rano w soborze była św. liturgia. Po niej Gleb raz jeszcze zaszedł do krypty, modląc się na kolanach mówił: „Hospody, objaw nam wolę Twoją”. W tym samym momencie przerwał mu głos o. Mitrofana. Rozmawiał z Eugeniuszem. „Na ostatnim zebraniu rady parafialnej postanowiliśmy zrobić ciebie etatowym psalmistą. I tak przecież jesteś na wszystkich nabożeństwach. Będziemy ci wypłacać 100 dolarów miesięcznie. Zgadzasz się?”
Gleb przetarł oczy ze zdumienia. Czyżby śnił? To oznacza, że władyka Jan darowuje nam tę pustynię. Na drugi dzień pojechali raz jeszcze obejrzeć Platinę. Po wejściu na górę modlili się serdecznie. Przeczytali akatyst Bogurodzicy i modlili się do arcybiskupa Jana, pokropili wszystko wokół święconą wodą.
Gleb nie mógł tak po prostu oddalić się do pustelni. Miał zobowiązania wobec matki i siostry, która do tego była chora. Matka, po dawnemu, była nieustępliwa. Syn może sobie być pustelnikiem, jeżeli chce z braku lepszego zajęcia, lecz najpierw musi kupić jej dom z widokiem na ocean i znaleźć dla siostry wysokiego, przystojnego i bogatego (ma się rozumieć) kandydata na męża. Dom udało się w końcu kupić za oszczędności całego życia, gorzej było z drugim warunkiem. I w tej sprawie także modlili się do biskupa Jana.
Był grudzień 1966. Gleb w krypcie długo czytał Psałterz. Nie było już nikogo. Rozpłakał się i przypadł szlochając do nakrytego mantią grobu arcybiskupa. Nagle poraziła go prosta myśl: przecież on żyje, stoi przed Bogiem, słyszy nas, dlaczego nie powiedzieć mu o swoich problemach. Zaczął modlić się za siostrę. Ona tak bardzo chciała wyjść za mąż, a ze względu na chorobę trudno jej było znaleźć dla siebie bliskiego człowieka. Miało to wszystko miejsce w niedzielny wieczór, a w poniedziałek siostra oświadczyła, że właśnie poznała czarującego młodego człowieka i bardzo sobie przypadli do gustu. Wkrótce było wesele, urodził się im „następca tronu” i już od wielu lat są razem szczęśliwi. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że poznali się dokładnie w momencie, gdy Gleb modlił się u grobu świętego.
Na święto Zaśnięcia Matki Bożej 1967 r. Gleb przyjechał do domu wynajmowanego przez przyjaciela. Przywieźli tutaj maszyny drukarskie. W ten sposób jeden z nich mógł być zajęty w sklepiku, a drugi w domu przygotowywał czasopismo. W domu też odprawiali swoje nabożeństwa. Od tamtej pory przez następne 15 lat Eugeniusz co dzień odczytywał pełny krąg dobowych cerkiewnych nabożeństw.
Teraz ich myśli były przez cały czas w Platinie. Przyjechali tutaj nareszcie w lutym, szli po pas w kopnym śniegu. Nocą przemoknięci dotarli na miejsce. Cisza, czystość jak w pierwszym dniu stworzenia, ani jednej żywej duszy dookoła. Eugeniusz, chociaż serdecznie nie cierpiał techniki, zmuszony był teraz nauczyć się prowadzenia samochodu. Bracia kupili ciężarówkę. Ławrentij nie palił się zamieszkać w Platinie, także i James był tam tylko jeden raz. Bracia od razu polubili Platinę, a w chwilach zwątpienia i słabości pomagała im modlitwa do arcybiskupa Jana.
Pierwszy dzień samotnego pobytu na górze wypadł Glebowi w dzień 6/19 maja w święto bł. Hioba Poczajowskiego. Jedynym budynkiem było zadaszenie bez ścian. Co przeżył młody pionier przez tę pierwszą noc! Naprężone do granic nerwy, strach zaglądający w oczy. Poszum drzew, pohukiwanie sowy, wszystko to wydawało się takie złowrogie. Nie można było nawet skupić się na modlitwie, a kiedy w końcu zmrużył oczy zamiast spokojnego snu zaczęły go niepokoić koszmary. Po kilku nocach takiego horroru Gleb uświadomił sobie nagle – tutaj nie ma krzyża. W pustelni powinien być krzyż. Śpiewając przez cały czas troparion Św. Krzyża z trudem wyciosał z drewna duży krzyż.
Następna noc spędzona w cieniu krzyża nie była już tak straszna. Kiedy zajrzał do kalendarza okazało się – dzisiaj jest święto wspomnienie Odnalezienia Czcigodnego i Życiodajnego Krzyża w Jerozolimie w roku 351, a także Nila Sorskiego, pustelnika z rosyjskiej północy. Wszystkie te niby przypadkowe zbieżności wydawały się być bardzo znaczące.
Dzień był piękny, słoneczny i Gleb po śniadaniu poszedł na spacer modląc się słowami psalmów. Nagle zobaczył przed sobą płową pumę. Widok był wspaniały i groźny zarazem. Patrząc jej cały czas prosto w oczy wolniutko odchodził, krok po kroku, a wielki kot obserwował go ze swojego miejsca. Bratu Glebowi śmierć zajrzała w oczy. Jak wdzięczny był Bogu, kiedy niebezpieczeństwo już minęło.
W ich pustelni wszystko było tak jak w dawnych czasach. Zrozumiał wtedy, co to znaczy prawdziwa pustelnia.
Wieczorem tegoż dnia przyjechał Eugeniusz, Gleb powrócił tymczasem do San Francisco, śpiewał w soborze zamiast współbrata. Niezależnie od miłości do wschodnich nabożeństw było mu w soborze jakoś duszno, odczuł nostalgię za pustelnią. Dusza wyrywała się gdzie indziej. Zrozumiał, że ten cerkiewny światek nie jest dla nich.

ODEJŚCIE OD ŚWIATA

Do końca swoich dni ojciec Eugeniusza podtrzymywał syna w jego dążeniu do nowego życia. W 1967 r. już po operacji napisał do niego: „Z uwagą śledzę twój rozwój i cieszę się”. Nie minął rok i ojciec nagle umarł. W dzień swojej śmierci pomagał sąsiadowi malować dom. W trudnych chwilach, jakie teraz nastąpiły, moralną podporą dla Ester nie był syn biznesmen, ale młodszy, religijny. Jego obecność bardzo pomogła przeżyć tragedię odejścia męża. Dawne nieporozumienia z synem zostały teraz na dobre zapomniane. Ester już więcej nie myślała o sukcesie syna, teraz potrzebna jej była wiara.
Pora było przenieść się do wymarzonej pustelni. Tymczasem na przeszkodzie stał prozaiczny fakt – brak pieniędzy. Wówczas stało się coś, co w ich oczach było cudem. Pewna kobieta, zwana przez nich „kadzidlaną damą”, bo często kupowała u nich kadzidło, tak po prostu i zwyczajnie wręczyła im tysiąc dolarów jako ofiarę. Bóg widział, iż byli gotowi do życia na pustyni. O tym, że bracia mieli już kupiony kawałek ziemi nikt jeszcze nie wiedział. Wszyscy widzieli w nich raczej przyszłych duchownych diecezjalnych. Teraz trzeba było znaleźć kogoś do pracy w sklepiku.
Na swój wyjazd do pustelni bracia mieli błogosławieństwo starca Nikodema z Atosu, arcybiskupa Awierkija i o. Adriana. Najtrudniej było powiedzieć o tym biskupowi Nektariuszowi. Bardzo się tym zdenerwował. Jego marzeniem było powołać do życia monaster i bardzo liczył na obu młodych ludzi. Na samym końcu powiadomili o swoim postanowieniu arcybiskupa Antoniego.
W sierpniu 1969 r. bracia najęli dużą ciężarówkę i zabrali wszystko, co mieli, łącznie z drukarką. Najwyraźniej czuli przy sobie obecność arcybiskupa Jana. Na drugi dzień rano odśpiewali jutrznię. Akurat było święto Zaśnięcia Matki Bożej. Nagle z lasu wyszła łania i położyła się obok. Trudno było wyjść ze zdumienia, dosłownie jak w Raju.
Najciekawsze było jeszcze przed nimi. Kiedy doszli na jutrzni do miejsca, gdzie śpiewa się Pieśń Przenajświętszej Bogurodzicy („Wieliczyt dusza moja Hospoda”) i wszyscy w cerkwi wstają, łania też wstała, położyła się dopiero kiedy pieśń dokończyli. Nie do uwierzenia. „Jakże blisko jest Bóg” – myśleli bracia. Później jeszcze Eugeniusz pozostał na stoku góry, żeby się modlić i rozmyślać o śmierci dla świata i obiecanym przez Boga życiu wiecznym. Gleb nie wiedział wówczas jeszcze tego, co go czekało, że w taką noc przed świętem Zaśnięcia Bogurodzicy jego przyjaciel zakończy swoje ziemskie życie. Na tym samym miejscu, gdzie się wówczas modlił Eugeniusz, miał po niewielu latach znajdować się jego grób. Tutaj jego ciało oczekuje powszechnego zmartwychwstania.

NA DZIKIM ZACHODZIE

Na miejscu, gdzie bracia założyli skit, w ubiegłym stuleciu w czasach słynnej gorączki złota znaleziono platynę, stąd nazwa miejscowości. Tysiącami przybywali tutaj poszukiwacze szczęścia z całego świata, w tym wielu Chińczyków. Potem gorączka minęła, osady poszukiwaczy opustoszały, a gdzieniegdzie tylko resztki starej chaty świadczyć mogły o tym, co się tutaj działo.
Od niepamiętnych czasów mieszkały tu indiańskie plemiona. Poszukiwacze złota mordowali ich jak króliki. Akurat Indianie z Kalifornii, w przeciwieństwie do słynnych plemion z Wielkich Prerii czy sławnych z okrucieństwa Apaczy, byli wyjątkowo spokojni. Kobiety i dzieci służyły kopaczom złota jako ruchome cele. Strzelano do nich tak sobie, po prostu dla hecy. W roku 1852 niecałe 15 mil od skitu biali wymordowali ponad 100 Indian, mężczyzn, kobiet i dzieci.
Ulubioną książką Eugeniusza był Ishi, człowiek dwóch światów22 , historia życia ostatniego wolnego Indianina z Kalifornii, który po całkowitym wyginięciu swojego szczepu poszukał schronienia u białych ludzi. Książkę tę później obowiązkowo musiał przeczytać każdy nowicjusz. Ishi przypominał mu Lao-tsy. Ktoś z tych, którzy go jeszcze pamiętali, powiedział o Indianinie: „Ishi miał duszę dziecka a rozum filozofa”.
Niekiedy Eugeniusz znajdował groty indiańskich strzał na ich górze, ślad po ludziach mieszkających tutaj być może wiele wieków temu. Z jednym z Indian zetknął się w Platinie 1 sierpnia 1971 r. Było to znaczące spotkanie. Powiedział mu, że budują tam na górze dom Boży. Misja św. Hermana, patrona Bractwa, związana była z Indianami, stąd te myśli nawiązujące do pierwszych Amerykanów i ich losów.
Eugeniusz słyszał też o białym pustelniku, który żył od 40 lat gdzieś tam w okolicy skitu. Nauczył się naśladować głosy ptaków i prowadził z nimi długie rozmowy. Mięsa zupełnie nie jadał. Eugeniusz chciał go odnaleźć, jako człowieka bliskiego mu duchowo, lecz się to nigdy nie ziściło. Żył cicho i spokojnie z dala od drogi, w trudno dostępnym terenie. Chociaż nigdy go nie widział, Eugeniusz często o nim mówił jako o ptasim przyjacielu.
Jeszcze jedno wydarzenie wkrótce po przybyciu do Platiny przekonało braci o woli Bożej, aby ich misja się rozwijała. Po drodze z poczty spotkali staruszkę Annę, opowiedzieli jej o swoim skicie i o tym, że drukują tutaj w głuszy prawosławne słowo Boże. Babcia zaintrygowana była do tego stopnia, że chciała koniecznie zobaczyć pustelnię. Przybyła w gości wraz z córką i swoją kuzynką. Po obejrzeniu wykrzyknęła: „Wszystko jest takie, jak śniło się George’owi”.
Mąż jej córki Zuzanny, należący do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, miał nieopodal farmę. Od dawna chciał się przenieść do Kalifornii, a jednym z jego zamiarów było drukowanie pisma, w którym mówiłby o bliskości końca świata. Kiedy miał kupić ziemię nieopodal Platiny, miał pewnego razu dziwny sen. Przyśnili mu się dwaj brodaci mężczyźni, pracujący na bardzo starej drukarni, niczym w czasach Martina Lutra i usłyszał głos: „tam, gdzie się wybierasz, jest już drukowane słowo Boże”. Pomimo tego kupił farmę w północnej Kalifornii, ale po przyjeździe wszystkich dopytywał się, czy może jest gdzieś tutaj w pobliżu drukarnia. Nikt o tym nawet nie słyszał. Później przybył do skitu sam George. Prawosławne Bractwo w Platinie było dla niego niczym objawienie. W Glebie i Eugeniuszu zobaczył prawdziwe sługi Boże i zaprzyjaźnił się z nimi na całe życie.
Pierwsze lata w pustelni były dla braci szczególnie ciężkie. Udało im się zbudować dwie chaty. W jednej z nich spali, jedli i modlili się, w drugiej była drukarnia. Najtrudniejszym okresem była zima. Gotowali na płycie, co nie dawała ciepła. Zimno przechodziło przez szczeliny w drewnianych ścianach. Latem trudno było wytrzymać z powodu suchości powietrza, niczym w chlebowym piecu. Wodę trzeba było przywozić z daleka lub iść dwie mile do Platiny. Nauczyli się szanować każdą kroplę wody. Zimą śnieg zawiewał tak drogę, iż trudno było do miasteczka dojechać. Najgorzej było na wiosnę. Wiosenne deszcze zmieniały drogę w jedno wielkie bajoro, w którym grzęzła ciężarówka.
W skicie, jak w zamierzchłych czasach, nie mieli ani kanalizacji ani elektryczności. Drukarnia była ręczna. Musiały im wystarczyć świece i lampy naftowe. O telefonie nawet nie było mowy. Dzięki temu całkowitemu brakowi cywilizacji bracia mogli poczuć smak prawdziwego pustelniczego życia. W podobnych warunkach żyli asceci przeszłych wieków.
Sprawy życiowe, zbieranie i noszenie wody, przygotowywanie skromnego posiłku zajmowało im mnóstwo czasu, a przecież jeszcze należało drukować. Było to ich jedyne źródło dochodów. Praca przy tłumaczeniu i pisanie było tylko odpoczynkiem pomiędzy zajęciami. Cóż, taka właśnie była ich droga do zbawienia, taką sami sobie wybrali.
Trzy razy w ciągu dnia, według monasterskiego Ustawu23 , zbierali się na modlitwę. W takich chwilach najbardziej łączyli się duchowo z dawnymi mnichami i pustelnikami, o których tak lubili czytać.
Jeszcze zanim przyjęli „postrig”, bracia zrezygnowali całkowicie z jedzenia mięsa. Pozwalali sobie jedynie na rybę. Podczas posiłków zawsze jeden jadł a drugi czytał coś z literatury duchowej. Później się zmieniali. Taka właśnie była stara monastyczna tradycja – jednocześnie karmić ciało i duszę. Zwykle czytali książki o Optinie lub żywoty optińskich starców po rosyjsku. W przeciwieństwie do Gleba, Eugeniusz nie interesował się niezwykłymi stronami życia duchowego jak wizje, objawienia Boskiego światła itp. Jak powiedział i bez widzialnych cudów wszystko jest dostatecznie jasne.
Kiedy bracia zakładali skit, przyświecały im całkiem skromne cele. Wcale nie chcieli zostać założycielami wielkiego monasteru. Nie opublikowali jednego zdania na temat swojego eremu. Z początku nie byli nawet mnichami, tym bardziej nie chcieli odgrywać roli wielkich duchowych przewodników i nauczycieli.
Ale czy potrzebny jest „postrig”, aby poczuć wszystkie ciężary i radości życia mniszego? Nie sądzili, że uchodząc ze świata wraz z tym oddalą od siebie automatycznie wszystkie jego pokusy. Z lektury dzieł św. ojców dobrze wiedzieli, że dopóki żywe są światowe wspomnienia (ros. strasti) nie opuszczą cię nawet w najdalszej pustelni. Sami tego doświadczyli. Wspomnienia ze świata jeszcze bardziej nasiliły się. Zaczęły im dokuczać bardziej niż do tej pory. W życiu świeckim wrażenia szybko się zmieniają. W ciszy skitu wszystko, co miało miejsce dawniej a pozostało w pamięci, nabierało teraz jeszcze większej, złowrogiej realności.
Przychodziły chwile goryczy i opuszczenia rąk i to najstraszniejsze, co diabeł posyła człowiekowi – zwątpienie (ros. unynie). Zasadniczym niedostatkiem u Eugeniusza było poddawanie się rozczarowaniu i rozkładanie rąk wobec bied. Mówił wtedy do Gleba – nam się to nie uda!
Gleba cechował typowy dla Rosjan brak wiary w siebie. Ciągle rozmyślał: „Za co ja się wziąłem, przecież ja się do tego zupełnie nie nadaję”. Eugeniusz musiał go nie tylko wysłuchiwać, a jeszcze pocieszać. Pewnego razu w podobnej chwili Gleb roztkliwił się nad sobą do tego stopnia, że spytał współbrata:
– Czy ci nie jest mnie żal?
– Ani nawet najmniejszej odrobinki – odpowiedział Eugeniusz – jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Najcięższa praca wiązała się z drukowaniem. W roku 1970 bracia zakupili linotyp, już nie musieli każdej strony składać jak w czasach Gutenberga, ale i nowe urządzenie miewało swoje kaprysy. Teraz dla odmiany więcej czasu poświęcali na naprawę sprzętu niż na samo drukowanie. Kiedyś byli doprowadzeni już do pasji tym ciągłym psuciem się technicznych urządzeń. Bracia zdjęli ze ściany duży drewniany krzyż i zaczęli nim błogosławić, obficie skrapiając święconą wodą całą drukarnię, jej ściany i urządzenia. Poskutkowało, jakby ręką odjął.
Zdarzały się w skicie małe cuda. Coś popsuło się w ciężarówce. A tutaj kolejny numer trzeba wysyłać. Nic, tylko się rozpłakać. Nagle, nie zapowiedziany, przyjeżdża diakon z dwoma mechanikami. Fachowcy zrobili wstępną naprawę i pojechali do Platiny zrobić remont z prawdziwego zdarzenia. W tym czasie bracia mogli spokojnie spełnić swoje zadanie, korzystając z ich samochodu.
Teraz bracia poznali cenę życia duchowego. Są to pokusy, doświadczenia, cierpienia, gorycz. W pierwszych latach pustelniczego życia braci w modlitwie i pracy prawie nikt nie naruszał. Niezbyt często nawiedzali ich nieliczni znajomi wiedzący o istnieniu skitu.
Jednym z pierwszych gości był sam władyka, arcybiskup Antoni. Nie był on w stanie zrozumieć, po co i dlaczego skryli się tutaj w tych górach. Przyjeżdżał też władyka Nektariusz. Z nim było zupełnie inaczej. Właśnie jego obecność pomagała młodym eremitom przetrzymać wszystkie pokusy, w tym także i pokusę porzucenia tego wszystkiego.
„Za każdym razem, kiedy miał nas nawiedzić władyka Nektariusz – wspominał Gleb – jak dzieci z radością rzucaliśmy się na drogę, dzwoniliśmy w dzwony, tak jak należy witać biskupa w monasterze. Dla nas te spotkania przepełnione były ogromną radością. Władyka odprawiał molebień, błogosławił, na zakończenie wygłaszał krótkie pouczenie, okraszone zawsze użalaniem się na swoje słabe zdrowie, na cerkiewne życie i na to wszystko, co się dzieje wokół nas w świecie. W jego słowach nie było ani śladu biskupiego samouwielbienia, a pokorna mądrość świętych ojców. Dlatego te słowa, jego duchowe doświadczenie, tak zapadały w dusze i tak były potrzebne nie tylko nam, ale i naszym współczesnym.
Biskup Nektariusz najchętniej wspominał św. Ruś, Optinę, spotkania z jej starcami, którzy już wkrótce stać się mieli nowymi męczennikami. Wspominał także i wiele zabawnych sytuacji. Potrafił pożartować nawet z samego siebie. Nierzadko słyszeliśmy wzruszające historie i wówczas w oczach biskupa i w naszych pojawiały się łzy.”
Stan zdrowia nie pozwalał władyce nocować w skicie. Udawał się więc na nocleg i często przybywał jeszcze raz rano na nabożeństwo. Za każdym razem, kiedy żegnali władykę, bracia przeżywali smutek. Gdy przy dźwięku dzwonów błogosławił z okna swojego samochodu, czuli się jak sieroty. Przepełniały też ich serca inne uczucia, zadowolenie ze wspaniałej uczty duchowej – było to jak świąteczny obiad z deserem w dzieciństwie. Od razu przybywało im sił na walkę z surową rzeczywistością, cieplej robiło się na duszy, powracało poczucie, że wszystkie cierpienia nie są nikomu niepotrzebne ani bezmyślne.

ŚLADAMI ŚW. PAISJUSZA WIELICZKOWSKIEGO

Żyjąc w pustelni, bracia odczuwali bardzo silnie duchowy związek z tym ukraińskim mnichem z XVIII-XIX wieku. Zdawali sobie sprawę, iż są spadkobiercami długiej tradycji, rozpoczynającej się od bł. Paisjusza Wieliczkowskiego (zm. 1794), który odrodził na Rusi świętość.
Jako młodzieniec Paisjusz pojechał na Świętą Górę Atos. W tamtych czasach mnisi trzymali się raczej zewnętrznych tradycji monastycznych, a tzw. „umnoje diełanie” (modlitwa umysłowa), mistyczne życie w Bogu czy sens patrystycznej nauki zostały zapomniane. Po wielu poszukiwaniach, Paisjusz odnalazł w bibliotekach Atosu bezcenne rękopisy, o których niczego nie wiedzieli nawet sami miejscowi mnisi. Całe swoje życie Paisjusz poświęcił na przepisywanie, tłumaczenie i propagowanie tych tekstów. Ich zbiór, zwany Dobrotolubijem, został później wydany w różnych językach.
Uczniowie Paisjusza upowszechnili, dostępne dotąd tylko nielicznym, duchowe tradycje, jakie dały impuls życiu monastycznemu na prawosławnym Wschodzie. Iluż to świętych od tamtej pory wydała Rumunia, Rosja, Atos. W Rosji odrodził się Walaamski monaster, a bł. Herman z Alaski był duchowym synem starca Paisjusza. Bł. Herman umarł dokładnie w ten sam dzień co i bł. Paisjusz tyle że 42 lata później (15/28 września). Optińska pustelnia była duchowo karmiona przez przybyłych z Mołdawii uczniów wielkiego starca.
Dla naszych braci nie mniej ważne było, że ich duchowi nauczyciele o. Adrian, o. Gerasim, Iwan i Elena Koncewicz, o. Mitrofan, biskup Nektariusz donieśli tradycje starca Paisjusza do naszych dni. Eugeniusz znajdował coś wspólnego z życiem swoim i bł. Paisjusza. Obaj gorliwie szukali Prawdy, a po jej znalezieniu całe swoje życie poświęcili, żeby dzielić się nią z innymi. Eugeniusz widział w bł. Paisjusza najważniejszą dla chrześcijan XX wieku postać współczesnej patrystyki. Nawet nie ze względu na świętość życia ani nawet podkreślanie ważności ciągłej modlitwy Jezusowej, ani nawet nie dlatego, że jego uczniowie spowodowali rozwój monastycyzmu w XIX wieku, lecz z tego powodu, że zwrócił uwagę prawosławnych na źródła Ortodoksji, na to, co jest istotą życia duchowego, tak samo w przeszłości, jak i dzisiaj, dla mnichów jak i świeckich.
Źródła te są dwa – Pismo św. oraz nauka świętych Ojców. Jeszcze zanim uciekli do pustelni, bracia wybrali Żywot i pouczenia bł. Paisjusza jako swój duchowy przewodnik. Sama nawet idea skitu z 2-3 braćmi żyjącymi razem podpowiedziana została przez doświadczenia wielkiego starca. W młodości, żyjąc na Atosie, Paisjusz próbował przez pewien czas żyć jako pustelnik. Jednakże odradził mu to jego starzec, mnich Wasileu z rumuńskiego skitu Pojana Merul.
W napisanym przez Eugeniusza Ustawie Bractwa wyraźnie widoczny jest wpływ nauk starca Paisjusza. Studiowanie ksiąg patrystycznych i dalsze ich rozprzestrzenianie stało się istotą jego życia. Później w swoim monasterze drukował książki, stając się patronem wszystkich prawosławnych zajmujących się pracą pisarską i wydawniczą.

PRZYRODA

Bracia widzieli w otaczającej ich przyrodzie świadectwo Bożej miłości i otwartą księgę Jego mądrości. Już wkrótce po przyjeździe Eugeniusz zajął się ogrodem. Z powodu braku wody trudno było tutaj coś uprawiać, jednak ogrodnictwem zajmował się aż do samej swojej śmierci. Mieszczuch z urodzenia z zadowoleniem grzebał w ziemi. Pewnego razu w wyjątkowo urodzajny rok zebrali 360 pomidorów. Gorzej było z drzewkami owocowymi. Kamieniste wzgórze nie było dla nich dobrym miejscem. Goście bywali zaskoczeni, jak przy tylu absorbujących zajęciach znaleźć można czas na pracę w ogrodzie. Wtedy Eugeniusz uśmiechał się i cytował starą chińską maksymę: „prawdziwy filozof pół życia spędza nad księgami a pół życia z łopatą”.
W szczególny sposób lubił Eugeniusz zmiany pór roku. Napisał w swoim pamiętniku: „W ubiegłym roku po raz pierwszy w życiu całą wiosnę spędziłem na łonie natury. Ileż radosnych wrażeń”. Zawsze marzył o życiu wśród przyrody. Teraz patrzył na nią jak patrzy uczony, skrupulatnie zapisywał wszystkie zmiany w przyrodzie, temperaturę, siłę wiatru itp.
OBROŃCY ORTODOKSJI

W swoim czasopiśmie bracia starali się zachować nienaruszoną pełnię Prawosławia. Sporną kwestią okazał się ekumenizm. W dawnych czasach słowo to oznaczało po grecku przywieść wszystkich ludzi do poznania pełni i czystości Prawdy. Dzisiaj znaczenie zmieniło się całkowicie. Eugeniusz uważał ekumenizm, poświęcający Prawdę dla jedności, za przygotowywanie gruntu pod przyszłe panowanie Antychrysta, przed czym wyraźnie przestrzegali święci Ojcowie. W dziejach Kościoła niezliczone są rzesze wyznawców, którzy oddali swoje życie tylko za to, aby nie popadł on w herezję lub zbłądzenie.
Najbardziej żarliwym miłośnikiem ekumenizmu był patriarcha Konstantynopola, Athenagoras I. W 1967 roku czynił starania nad zjednoczeniem prawosławia i katolicyzmu, bez wyrzeczenia się przez tych ostatnich ich sprzecznych z tradycją starochrześcijańską poglądów. W grudniu 1968 roku patriarcha wprowadził imię papieża Pawła VI do dyptychów jako konsekwencję zdjęcia anatem. Byli i tacy, którzy nazywali patriarchę prorokiem współczesności, nawet chcieli ogłosić go świętym za życia, rzecz nie spotykana w całej historii Kościoła.
Dla braci było oczywiste, że patriarcha Athenagoras przestał być prawosławnym w pełnym tego słowa znaczeniu. W Ameryce głowa Greckiego Arcybiskupstwa w Stanach Zjednoczonych, arcybiskup Jakovos, nazywał patriarchę „duchowym ojcem prawosławnego odrodzenia” i uczestniczył we wszystkich możliwych ekumenicznych spotkaniach, konferencjach i nabożeństwach.
Jako prawdziwy filozof Eugeniusz zadawał sobie pytanie: dlaczego niektórzy hierarchowie trzymają się poglądów nie mających zgoła niczego wspólnego z tradycją Jednej Świętej Powszechnej i Apostolskiej Cerkwi.
Niezależnie od anarchii panującej we współczesnej filozofii można w niej odnaleźć jeden zasadniczy motyw przewodni. Został on już dawno sformułowany przez Nietschego a zacytowany przez Dostojewskiego: „Boga nie ma, człowiek stał się bogiem i dlatego wszystko jest dozwolone”. Dewiza ta przyświeca zarówno współczesnej nauce, sztuce, jak i literaturze.
W ekumenizmie zauważył Eugeniusz przejaw chiliazmu, próbę zbudowania królestwa Bożego już tutaj na ziemi. Ekumeniści chętnie mówią o nowej epoce. Prekursorem tej idei na gruncie prawosławia był Mikołaj Bierdiajew, jawnie nawiązujący do Joachima de Fiore, który mówił o erze Ducha Świętego. Ludzie naszych czasów całą nadzieję upatrują w postępie. Stąd mówi się o New Age (nowej erze), erze Wodnika i epoce post-chrześcijańskiej. Poglądy tego rodzaju rozpowszechniają masoni. Sama idea ekumenizmu przeniknięta jest herezją. Nowe chrześcijaństwo czyni znak równości między nową epoką a Królestwem Niebieskim. Wszystkie zasady uznawane w dawnych czasach to tylko przeżytki, a w nowym wieku obowiązuje nowa moralność i nowa religia.
W roku 1917, wraz z upadkiem rosyjskiej prawosławnej monarchii Moskwy, Trzeciego Rzymu, następcy Konstantynopola, zakończyła się era Konstantyna. Współczesne przemiany w chrześcijaństwie zagrażają Kościołowi Bożemu, narzędziu zbawienia ludzkości.
Przeciwko patriarsze Athenagorasowi utworzyła się opozycja w całym prawosławnym świecie. Najgłośniej protestowali mnisi na św. Górze Atos, ale sojusznikiem patriarchy był duch czasów. A jak stwierdził papież Paweł VI – głos czasów jest głosem Bożym. Z nim również wielu współczesnych hierarchów prawosławnych patrzy spokojnie, jak innosławny świat odchodzi coraz bardziej od zasad pierwotnego chrześcijaństwa, a modernistyczny duch czasów wlewa się szeroką falą także do Cerkwi.
Jeszcze jedna rzecz we współczesnym prawosławnym świecie bolała i oburzała Eugeniusza i Gleba, była nią kapitulacja dzisiejszych ojców Prawosławia przed bezbożną komunistyczną władzą. Jeszcze w roku 1927 metropolita Sergiusz (Stragorodzki) po niezbyt długim sowieckim więzieniu wystąpił ze słynną deklaracją, jakoby radości i bóle władzy sowieckiej były radościami i smutkami Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. W tym samym czasie władze rozpętały antychrześcijański terror na skalę do tej pory nie znaną ludzkości, nieporównywalny nawet z prześladowaniami za czasów Nerona i Dioklecjana. W bestialski sposób z premedytacją wymordowano tysiące kapłanów, mnichów i zwykłych wiernych. Zniszczono lub zamknięto tysiące cerkwi, setki monasterów. Tymczasem metropolita Sergiusz publicznie zaprzeczył, jakoby w ZSRR były jakiekolwiek prześladowania wierzących. Zwolennicy metropolity do dzisiaj utrzymują, jakoby zbawił on Cerkiew od całkowitego zniszczenia, jednak tak naprawdę nikogo ani niczego nie uratował, no może poza własną osobą. Komuniści i tak robili, co chcieli, a „sergiaństwo” stało się synonimem zdrady. Działacze cerkiewni różnych szczebli zaczęli uczyć swoich wiernych miłości do Związku Radzieckiego i przywiązania do władzy sowieckiej.24
Wszystko to może było i zrozumiałe w warunkach komunistycznego terroru, lecz „sergiaństwo” w wolnym świecie w latach 1968-70 to był prawdziwy skandal. Jedna z rosyjskich jurysdykcji w Ameryce otrzymała od Moskwy autokefalię. Rozmowy prowadzone były w Genewie i Nowym Jorku, za pośrednictwem Światowej Rady Kościołów, która już od dawna starała się zbyć milczeniem sowieckie zbrodnie przeciwko chrześcijanom, a czyniła tak głównie dlatego, że cała jej struktura naszpikowana była radzieckimi agentami. Ze strony sowieckiej w rozmowach uczestniczył metropolita Leningradu, Nikodem.25
Naturalnie nowa amerykańska autokefalia stała się tubą propagandy radzieckiej. Bracia chyba najbardziej narazili się hierarchom amerykańskiej autokefalii publikując trudno dostępne świadectwa o katakumbowej Cerkwi w Rosji.
Dla Eugeniusza było rzeczą oczywistą, że ostatnim bastionem Prawosławia w świecie była Rosyjska Cerkiew za Granicą. Dlatego gorąco namawiał młodego Greka, przyjaciela Gleba, o. Pantalejmona, aby wstąpił do tej właśnie jurysdykcji. Tak się też wkrótce stało. Założył on monaster, który w roku 1970 był już dużym centrum misyjno-wydawniczym w języku angielskim. Później jednak również i sam Eugeniusz miał się przekonać, jak pewnego rodzaju liberalizm jest także i w jego Cerkwi, wydawać by się mogło najbardziej konserwatywnej ze wszystkich. Dotknęła ją najgorsza bieda wszystkich prawosławnych Cerkwi, mianowicie ta, że Ciało Chrystusowe zostało zamienione na organizację.

APOGEUM BRACTWA

„Nie wiadomo, w jaki sposób święty zmarły ponad sto lat temu nagle pojawia się w życiu człowieka, dosłownie wchodzi w nie i staje się jego częścią. Niekiedy jest on nawet widzialny i słyszalny dla tego człowieka, bowiem święci nie umierają” – pisał Gleb.
Wspominał dzień w 1961 roku, kiedy to po raz pierwszy w swoim życiu usłyszał o bł. Hermanie i to opowiadanie zmieniło całe jego dotychczasowe życie, jak później, pod jego wpływem, zmieniło się życie Eugeniusza: „Była wczesna wiosna. Wielki Post. Po niedzielnej liturgii, mając wolny czas w seminarium, poszedłem na spacer po polach i lasach w okolicy Jordanville. Miałem przy sobie książeczkę, kupioną jeszcze w ubiegłym roku u pewnego rosyjskiego antykwariusza, pod tytułem Otiec Herman amerykanski misjoner. Żywot błogosławionego wydany został przez Wałaamski monaster. Do tej pory niczego o nim nie wiedziałem. Znałem tylko jego portret. Wówczas mało kto o nim słyszał, nawet w środowiskach prawosławnych. Jedynie prości Aleuci zachowali wiernie pamięć o nim i czcili go jak swojego świętego.
Wszędzie budziła się wiosna, nowe życie, znikał śnieg, pojawiły się krokusy. W taki dzień, czytając żywot, uświadomiłem sobie, że na tej samej amerykańskiej ziemi. na dalekiej Alasce, zachowała się część św. Rusi, misjonarz mnich Herman.
Podobnie do budzącej się przyrody i moja dusza budziła się do nowego życia. Sprawiła to ta stara mała książeczka. Stało się dla mnie jasne, po co Opatrzność Boża sprawiła, że znalazłem się w Ameryce. Aby zanieść jej mieszkańcom duchową wiosnę, ukrytą na kamienistym wybrzeżu Alaski. Właśnie wtedy przyszła myśl, żeby udać się na pielgrzymkę na Jedłowską Wyspę, aby modląc się na mogile bł. Hermana otrzymać od niego wskazówki na dalszą drogę życia. Tam, u tej świętej mogiły, zrodziło się przyszłe Bractwo”.
Nie minął i miesiąc, jak św. patron połączył drogi Gleba i Eugeniusza. Podczas oglądania slajdów Święte miejsca Ameryki, gdy po raz pierwszy zobaczył alaskańskiego starca, jego dusza dojrzała do pełnego przyjęcia Prawosławia.
Marzeniem Gleba była kanonizacja o. Hermana. Już w pierwszym numerze Prawosławnego Słowa bracia opublikowali jego żywot po angielsku. Gleb odnalazł w bibliotece Harwardu artykuł wydany w roku 1914 autorstwa F.A. Goldera pt. „Ojciec Herman, alaskański święty”. Była to bibliofilska rzadkość, wydana w niewielkim nakładzie. Sam autor nie był prawosławnym, a o o. Hermanie usłyszał od mnichów z Walaamu, ale jako pierwszy publicznie w słowie drukowanym nazwał go świętym.
Pierwszą publikacją w formie książki, jaką bracia wydali w 1968 roku, niedługo przed przyjazdem do Platiny, był żywot bł. Hermana. Jego kanonizacja zamyślana była już w roku 1939. Metropolita Teofil (Paszkowski) z Rosyjskiej Cerkwi za Granicą powołał komisję złożoną z trzech biskupów celem zbadania jego życia.
Metropolia Amerykańska postanowiła w roku 1970 kanonizować o. Hermana, a Rosyjska Cerkiew za Granicą zgodziła się potwierdzić ten akt, z tym, że ceremonia wysławienia miałaby jednocześnie miejsce w katedralnym soborze w San Francisco. O. Gerasim nie doczekał tego momentu. Zgasł na Alasce w swej pustelni 12 października 1969 roku i spotkał się z bł. Hermanem w życiu wiecznym.
Bracia ułożyli specjalne nabożeństwo (służbę) na cześć bł. Hermana. Przygotowali jej dwa warianty: w języku cerkiewno-słowiańskim i w języku angielskim. Komisja liturgiczna na czele z hymnografem, biskupem Alipijem, przyjęła ten tekst z drobnymi tylko zmianami.
Do San Francisco bracia przyjechali z ciężkim sercem. Dopóki układali służbę w skicie, bardzo realnie odczuwali obecność błogosławionego i nie zauważali tego, co Apostoł Paweł nazywa duchami złości sfery podniebnej (Ef 6, 12). Lecz kiedy tylko przyjechali do miasta, od razu powiało taką wrogością, że upadli na duchu. W tym mieście szatan już się nie ukrywa, występuje jawnie, przenika wszystko. Biesy sprzeciwiają się świętości tak arcybiskupa Jana jak i bł. Hermana – pierwszego świętego patrona ziemi amerykańskiej.
Wszystkie owe niedobre odczucia zostały zapomniane podczas uroczystości w soborze. Znowu dała się odczuć łaska, płynąca od nowo wyniesionego na ikony świętego. Jakże radosne było to wydarzenie. Pierwsza kanonizacja prawosławnego świętego Ameryki i całej zachodniej półkuli.
W soborze podczas całonocnego czuwania bracia stali na klirosie z seminarzystami z Jordanville, śpiewali ułożone przez siebie stichyry26 . Całość nabożeństwa trwała 7 godzin jak na Paschę i doprawdy towarzyszyła jej paschalna radość u wszystkich.
Podczas jutrzni po raz pierwszy zaśpiewali „Wieliczanije o. Hermana”. Dla Ameryki i całego świata otworzyło się jeszcze jedno okno do Królestwa Bożego. Wtedy właśnie podczas tej pamiętnej kanonizacji bracia podjęli ostatecznie decyzję zostania mnichami. Czytali kanon nowemu świętemu, Gleb po słowiańsku, Eugeniusz po angielsku. Podszedł do nich władyka Nektariusz. „Jakież cudowne, błogosławione minuty w waszym życiu. To apogeum waszego Bractwa.”
Rano w niedzielę były dwie liturgie. Jedną z nich odprawiał protojerej o. Mikołaj Dombrowski a bracia śpiewali na klirosie. Drugą, biskupią, metropolita Filaret, a wraz z nim 4 hierarchów, 5 diakonów i 32 księży. Wiernych było jeszcze więcej niż w wigilię.
Po liturgii odprawiali pierwszy raz moleben do św. Hermana. Na początku procesji szedł Eugeniusz w białym sticharionie z jaśniejącym w słońcu krzyżem. Na samo zakończenie nabożeństwa w soborze przeczytane zostało specjalne pismo Metropolity Filareta adresowane do Bractwa. W niej Cerkiew oficjalnie dziękowała za przyczynienie się do kanonizacji i jakby oficjalnie uznawała istnienie skitu.

„POSTRIG”

Matka Maria Stachowicz, staruszka mniszka z Nowo Diwiejewskiego monasteru, która sama przyjęła „postrig” od ostatniego walaamskiego starca hieroschimonacha Michała Ślepego w 1959 roku napisała do niego (żyjącego wówczas w Pskowsko-Pieczerskim monasterze) list z prośbą o modlitwę w intencji Gleba. Ojciec Michał zmarł w 1962 roku, jednakże przyszłe Bractwo zostało wsparte modlitwą walaamskiego starca. Wiele lat później, kiedy byli już w Platinie, matka Maria ofiarowała im cudotwórczą ikonę Zbawiciela z Walaamu, podarowaną jej niegdyś przez o. Michała. Jej życzeniem było, żeby bracia przyjęli mniszy „postrig” właśnie przed tą ikoną, a tym samym stali się duchowymi kontynuatorami mniszej wspólnoty z Walaamu. Prosiła też o modlitwę w intencji odrodzenia się starego Walaamu.
Po kanonizacji bł. Hermana bracia poczuli, że nastała już pora przyjęcia mniszego „postrigu”, aby w ten sposób stać się jeszcze bardziej naśladowcami walaamskiego mnicha-misjonarza. Zgodnie z prawosławnym zwyczajem na „postrig” należy otrzymać błogosławieństwo od rodziców. Matki ich obu pogodziły się już z dziwnym wyborem synów. Ester nawet chwaliła się wobec krewnych: „a mój syn kupił całą górę”.
Gleb zwrócił się do arcybiskupa Antoniego z prośbą o przyjazd do skitu i udzielenie im „postrigu”. Władyka Antoni przyjechał i od razu wziął na osobistą rozmowę Gleba.
„Nie chcemy zakładać wielkiego monasteru, chcemy tylko kontynuować nasze dzieło jako mnisi.”
„Nie mam nic przeciwko monasterowi w mojej diecezji”– odpowiedział arcybiskup.
„Nie chcemy być monasterem diecezjalnym.”
Władyka słowa te puścił mimo uszu. Dalej Gleb wyjaśniał, że nie zamierzają przyjmować kapłaństwa.
„O nie, będziecie musieli przyjąć święcenia” – odpowiedział hierarcha.
„Póki co nie zgadzamy się być kapłanami – mówił swoje Gleb. – My po prostu chcemy w oddali od świata kontynuować swoje dzieło. Obiecaliście, władyko, że nie będziecie nas przymuszać do przyjęcia kapłaństwa” – jeszcze raz przypominał Gleb.
Arcybiskup obiecał i zauważył przy okazji, że braciom konieczny jest telefon.
„Przecież my po to oddaliliśmy się na pustynię, żeby wyzwolić się od wszystkiego, co światowe. Telefon oznacza koniec pustelni.”
„W monasterze telefon jest nieodzowny” – zaznaczył z naciskiem arcybiskup, nie umiejąc sobie nawet wyobrazić monasteru bez telefonu.
Gleb przypomniał sobie wtedy, jak Elena Juriewna Koncewicz przysłała im list, w którym pisała: „nie przyjmujcie „postrigu”, zrobią z was pańszczyźnianych chłopów i to ludzie nie mający nawet pojęcia o prawdziwym prawosławnym monastycyzmie”.
Znając jurydyczny sposób myślenia władyki Antoniego, Elena nie spodziewała się po nim niczego dobrego. Przypuszczała, że gdy arcybiskup zrobi już z nich hieromnichów, to potem pośle ich do pracy duszpasterskiej na dowolnej parafii, gdzie wkrótce przyjdzie im zapomnieć o ideałach mniszego życia.
Miesiąc po kanonizacji bł. Hermana arcybiskup znowu nawiedził pustelnię. Kazał braciom jechać do San Francisco celem wzięcia miary u krawca na mnisze szaty, a na materiał przeznaczył tysiąc dolarów. Gleb na tę propozycję nie wytrzymał i zaśmiał się: „A przed kim będziemy tutaj paradować, przed leśnymi zwierzętami?” „Chcę, żeby moi mnisi dobrze się prezentowali” – z godnością odpowiedział władyka.
Gleb wspomniał teraz, co już niegdyś powiedział mu o. Adrian o tych, którzy przyjeżdżali do niego do monasteru przyjąć „postrig”: „Nie życie mnisze pociąga wielu z nich, a możliwość wywyższenia się nad ludźmi i paradowania w pięknych riasach. A prawdziwy monastycyzm jest w czymś zupełnie przeciwnym, jest trwaniem w pokucie, w ciężarach, w służeniu cierpiącym”. Nie wiadomo było do końca, co w przyszłości zamierza władyka Antoni. Dopytywał się, czy bracia mając na względzie przyszłych kandydatów na mnichów nie planują przeniesienia się w okolice bardziej cywilizowane, gdzie byłaby i woda i wygody.
Bracia lekko się zirytowali. Co mają robić? Ziemię tę dostali przy jawnej pomocy arcybiskupa Jana, po długich poszukiwaniach. Mają teraz uciekać? Ale dokąd?
Zatrwożyli się nie na żarty i napisali do arcybiskupa list, a w nim dokładnie wyłożyli wszystkie zasady ich monasteru, jakim chcieli pozostać wierni. Chcieli pracować przy zachowaniu pełnej niezawisłości od biskupa. Arcybiskup odpisał na to dyplomatycznie uprzejmy list, że się zgadza na wszystko, lecz braci aż do dnia „postrigu” nie opuścił już smutek ani podejrzenia. Pocieszający był dla nich jedynie przykład monasteru o. Pantalejmona z Bostonu, który po przyłączeniu się do Rosyjskiej Cerkwi za Granicą nie utracił swojej autonomii.
W dzień „postrigu” 14/27 października było spokojnie i słonecznie, chociaż przez 10 dni z rzędu lały deszcze. O brzasku przyjechał biskup Nektariusz z o. Spirydonem. Był blady i strwożony: „W Synodzie tylko o was mówią. Nie minie i tydzień, jak was wyświęcą i przyjdzie się stąd zabierać. Będzie to koniec waszej pustelni.” „Chyba żartujecie” – nie dowierzał Gleb, a Eugeniusz nie krył zdziwienia: „Przecież władyka Antoni nam obiecywał, czyżby nas oszukiwał?”
O. Spirydon starał się wprowadzić nieco spokoju w nerwową atmosferę: „Nikt na siłę nie będzie was wyświęcać. Nie dam was skrzywdzić.”
Bracia wstrząśnięci byli taką troskliwością najpokorniejszego o. Spirydona. „Może pomimo wszystko arcybiskup dotrzyma słowa” – pocieszał się Gleb. Jeszcze można było wszystko zmienić. Po pół godzinie przyjechał władyka Antoni z diakonem. Gleb na wstępie zapytał, czy ich poprzednie ustalenia pozostają w mocy. Władyka potwierdził.
„Czy to znaczy, że nie będziecie nas przymuszać do przyjęcia kapłaństwa?”
„Nie” – odpowiedział arcybiskup, a władyka Nektariusz był świadkiem rozmowy.
Cerkiew w skicie nie była jeszcze wtedy dokończona, cały obrzęd miał miejsce pod gołym niebem. Zebrało się trochę przyjaciół i znajomych, przeważnie spośród tych, których bracia poznali w sklepie z ikonami. Kiedy stali przed cerkwią dla przyjęcia „postrigu”, o. Spirydon nakrył swoją mantią Gleba a władyka Nektariusz Eugeniusza. Stali się odtąd ich mantijnymi starcami, jak nazywają chrzestnych ojców mnichów (mnisi „postrig” to jakby przyjęcie po raz drugi chrztu).
Od tego dnia bracia otrzymali nowe imiona, Gleb stał się Hermanem – pierwszym mnichem, który przyjął imię nowo kanonizowanego świętego z Alaski, a Eugeniusz – o. Serafinem na cześć św. Serafina z Sarowa. Pod tymi imionami znani będą w całym prawosławnym świecie.
Po „postrigu” nowi mnisi w czarnych riasach, kłobukach i mantiach wraz ze wszystkimi przeszli w procesji dookoła cerkwi. Radość ich jednak trwała krótko. Kiedy już wszyscy zasiedli za stołem pod odkrytym niebem, arcybiskup Antoni oświadczył co następuje: „Postanowieniem Synodu Rosyjskiej Cerkwi za Granicą został właśnie otworzony skit pod wezwaniem bł. Hermana z Alaski, a on osobiście będzie jego przełożonym.” Ostatnie słowa przeraziły nowych mnichów. Takiego obrotu sprawy nie oczekiwali.
Po obiedzie arcybiskup pozostał sam na sam z nowymi mnichami, towarzyszył im władyka Nektariusz i o. Spirydon. Jego ton od razu się zmienił. Kiedy mówił, nie patrzył im w oczy.
„Przyjąć „postrig” to nie to samo, co pójść do fryzjera. Złożyliście właśnie ślub posłuszeństwa i teraz pora od słów przejść do czynów. Wasza pierwsza powinność – przyjąć kapłaństwo!”
Biskup Nektariusz pobladł nie mogąc słowa wymówić.
„Szykujcie się ojcowie. Na was już czekają parafie w Sacramento i w Kalistoge.”
„A co będzie z tą ziemią?” – zapytał Gleb.
„Znajdziemy dla niej zastosowanie.”
„A co z naszym Prawosławnym Słowem?”
Arcybiskup tylko machnął lekceważąco ręką.
„A na co komu ono jest potrzebne?” – Był zdania, że prawosławny periodyk w języku angielskim w Rosyjskiej Cerkwi jest zupełnie zbyteczny.
Znając słabość rosyjskiej duszy, brak wiary w siebie, czołobitność wobec władzy, chciał z początku skruszyć o. Hermana. Jednak z Amerykaninem nie było tak łatwo. O. Serafin, nie czekając, aż zapytają go o zdanie, uderzył pięścią w stół i krzyknął wobec arcybiskupa: „Niet! Niet! Niet!” Były to jego pierwsze słowa, jakie wypowiedział jako mnich.
O. Hermana męczyło sumienie. Całe ich Bractwo zbudowane zostało na słowach Eugeniusza, wypowiedzianych kilka lat temu: „Ja ci wierzę!” A teraz znaleźli się w chytrze zastawionej pułapce. Arcybiskup chciał odebrać od o. Serafina jego własną ziemię, na której zamierzał on żyć do końca swoich dni, a kupił ją za swoje własne pieniądze, w swoim własnym kraju. Myśl ta tak zabolała ojca Hermana, że aż się rozpłakał. Przypomnieli arcybiskupowi o jego poprzednich obietnicach. Tylko machnął ręką: „Obiecywałem wam jeszcze przed „postrigiem”, dopóki byliście ludźmi świeckimi. Obecnie wszystko się zmieniło, jesteście mnichami.”
O. Herman płakał, otrzymali pierwsze zadanie (posłuszanie27 ) i nie mogli go wypełnić. Arcybiskup Antoni tłumaczył konieczność przyjęcia przez nich święceń kanonem, iż mnisi zobowiązani są do przyjmowania Eucharystii w każdą niedzielę. Władyka Nektariusz przypomniał przykład świętych pustelników, jak Antoni Wielki i Maria Egipcjanka.
„Było to dawno temu – zniecierpliwił się arcybiskup – teraz są inne czasy.”
Pokorny i dotąd nie odzywający się archimandryta Spirydon zaproponował: „Będę przyjeżdżał i udzielał im komunii.”
Na tym rozmowa się urwała. Arcybiskup Antoni w sposób jak najbardziej wyraźny dążył do likwidacji nowo założonego skitu.
Wkrótce władyka odjechał, nieco skonfundowany ich oporem. O. Herman jako Rosjanin był nawet gotów się poddać, Rosjanie przywykli ustępować. Amerykanin czuł się wolnym człowiekiem i nie miał w sobie nic z kultu wobec posiadających władzę.
Kiedy nareszcie wszyscy wyjechali po uroczystościach, dusze obu braci ogarnął smutek. Jednak po „postrigu” odczuli w sobie wewnętrzną przemianę, istotnie obrzęd niósł ze sobą łaskę Bożą. „Dosłownie jakby zapalił się w sercu ogieniek” – mówił o. Herman, a jego współbrat odczuwał to samo. Jakże cenny jest ten płomyk miłości, gorliwości i uduchowienia w trudnym życiu mniszym.
Biskup Nektariusz, który zanocował w niedalekim Redige rano przyjechał celebrować św. liturgię. Później opowiadał im o Optinie pouczające historie i dawał ojcowskie napomnienia.

POSŁUSZEŃSTWA NA ZGUBĘ

Jeżeli bracia myśleli sobie, że arcybiskup da im teraz spokój, to się bardzo mylili. Gdy przyjechali do San Francisco w wigilię Bożego Narodzenia 1970 roku, władyka wziął na rozmowę o. Hermana. Zaczął mu tłumaczyć, że jako mnisi nie mają prawa posiadać żadnej własności i dlatego ziemię, którą posiadają, powinni przepisać na jego świeckie imię i nazwisko. „Synod – argumentował – wyznaczył mnie waszym przełożonym.”
„Myśmy was na ihumena nie wybierali.”
„Wy ode mnie winniście się uczyć monasterskiego ustawu, a nie odwrotnie.”
Rozmowa miała charakter klasycznego przesłuchania. Wcześniej arcybiskup zamknął drzwi na klucz i zapalił o. Hermanowi lampę prosto w oczy a sam usiadł po stronie cienia. Krzyczał, groził, chcąc różnymi sposobami zastraszyć młodego mnicha. Ten nie potrafił powstrzymać się od łez. Prosił tylko, żeby władyka pozostawił ich w spokoju.
„No nie, w spokoju to ja was już nie zostawię!”
Wszystkie listy wysyłane ze skitu, jak również i wszystkie publikacje miały być teraz osobiście cenzurowane przez arcybiskupa. Bez jego zgody nie wolno było nikogo zapraszać do skitu.
Po 10 dniach o. Serafin napisał w pamiętniku: „Powiem tylko, że takiego rozczarowania nie doświadczyłem przez całe życie. Nigdy nie zagoi się ta rana. Dla arcybiskupa Antoniego najważniejsza jest władza, jego władza, władza i hierarchia Kościoła… Przestrzegał nas przed tym biskup Nektariusz, mówił, że arcybiskup Antoni nie ścierpi w swojej diecezji niczyjej samodzielności”.
„Jeśli posłuszeństwo ma być tylko dla posłuszeństwa – kontynuuje swoje wywody o. Serafin – to jest to tylko pseudostarcostwo, świadczy o dyktatorskich zapędach, a jeden z księży w diecezji nie bez powodu nazwał go dławicielem dusz”. Nad Bractwem zebrały się ciężkie chmury. Niejedną noc mnisi spędzili bez snu.
W marcu 1971 r. bracia dostali nakaz arcybiskupa rozesłany do wszystkich parafii w jego eparchii. „Utworzyliśmy nowy męski monaster. Bracia jako swoje zadanie (posłuszanie) wydają pismo Prawosławne Słowo.” W ten sposób spełniły się ich najgorsze oczekiwania. Władyka Antoni dostał skit w swoje ręce. Miało to miejsce w czasie Wielkiego Postu. Wiele sił kosztowały ich długie nabożeństwa i surowy post. Nakaz arcybiskupa o mało nie spowodował wpadnięcia w całkowite rozgoryczenie.
Pan Bóg najwyraźniej nie pozostawił ich samych w czasie tak smutnych doświadczeń. Zupełnie nieoczekiwanie przyjechał władyka Nektariusz z Kurską ikoną Bogurodzicy. Była to ta sama cudotwórcza ikona, przed którą doznał uzdrowienia św. Serafin Sarowski. Od razu trwoga w ich sercach ustąpiła miejsca radości. Władyka odprawił moleben i obeszli z ikoną całą górę. Radosne to wydarzenie miało miejsce w dzień imienin archimandryty Gerasima. W tym bracia dostrzegali znamienny fakt – nie pozostawił ich samych niebieski patron skitu, św. Herman z Alaski.
Elena Juriewna Koncewicz wyjaśniła im pewne zawiłości cerkiewnej polityki. Władyka Antoni musiał liczyć się ze zdaniem arcybiskupa Witaliusza Kanadyjskiego, przewodniczącego grupie hierarchów zwalczających arcybiskupa Jana. Bracia byli już przez nich podejrzani, jako blisko związani ze zmarłym władyką. Widocznie arcybiskup Antoni obiecał im podporządkować sobie skit. „Wszystko to – mówiła Elena – charakterystyczne jest dla sergiaństwa, najważniejsza jest wierność partyjnej linii. Potępiając sergiaństwo i odcinając się od niego w słowach, można z powodzeniem naśladować jego ducha.”
Wszystko było jasne, zarządca diecezji nie rozumiał ani młodych mnichów ani też przyświecających im celów, a już zupełnie nie był zainteresowany pracą misyjną wśród Amerykanów, jedynie chciał wykorzystać ich do swoich własnych celów.
„W obecnych czasach przeważa przekonanie – pisał o. Serafin – że monaster to zbiorowisko zwyczajnych ludzi, zjednoczonych wypełnianiem zadania, jakie stawia przed nimi Cerkiew, to znaczy pełnić rolę letniej rezydencji biskupa lub stanowić bazę turystyczną dla duchowieństwa i ich rodzin w okresie wakacyjnym lub zwyczajnie być źródłem siły roboczej dla cerkiewnych potrzeb. Najzdolniejsi z mnichów zostają biskupami, ci, którym się to nie udało, idą na parafię jako kapłani, a w monasterach zostają tylko tacy, co nadają się najwyżej do pasania krów. A przecież monastycyzm z prawdziwego zdarzenia to coś zupełnie innego.”
Niechęć braci do przyjęcia święceń była podyktowana chęcią zachowania swojej niezależności, bez której z kolei niemożliwa byłaby ich misja wśród amerykańskiego społeczeństwa. Tego nie mogli pojąć w Rosyjskiej Zagranicznej Cerkwi, programowo skierowanej na rosyjską emigrację i na zachowanie jej od nieszczęścia asymilacji. Cała działalność braci stawiała to wszystko pod dużym znakiem zapytania, skoro dążyli do zbudowania Cerkwi anglojęzycznej, nastawionej na intensywną pracę misyjną wśród Amerykanów. Dlatego nie tylko nie udzielano im pomocy, jeszcze starano się rękami władyki Antoniego zlikwidować ich monaster.
W czerwcu 1971 roku, na święto Wniebowstąpienia, arcybiskup Antoni przyjechał do skitu i celebrował liturgię. Ani jednym słowem nie wspomniał o posłuszeństwie czy tym podobnym. Bracia milczeli. Po odjeździe władyki zrozumieli, przybył z białą flagą parlamentariusza, ale to chyba tylko chwilowy rozejm przed następną bitwą.

ARCHIMANDRYTA SPIRYDON

Ze wszystkich znajomych, jakich mieli bracia, najbliższy duchowo władyki Jana był najpokorniejszy archimandryta Spirydon. Zgodnie ze słowem danym przy „postrigu”, odwiedzał skit celem udzielenia Eucharystii. Zwykle przyjeżdżał sam, zwyczajnym autobusem. Kielich i mitrę archimandryty wiózł ze sobą w paczce. Ojcowie czekali na niego na ostatnim przystanku. W rękach miał stare czotki, należące niegdyś do władyki Jana, z którymi nigdy się nie rozstawał.
Z czasem o. Spirydon przyjeżdżał raz albo nawet dwa razy w miesiącu i gościł w skicie przez tydzień. Odprawiał Boską Liturgię. Kazania jego były krótkie i znaczące. Wyjaśniały rzadko zauważane lub trudne fragmenty z Ewangelii lub dotyczyły żywotów świętych czy zapomnianych tradycji. Lubił opowiadać o Ziemi Świętej, o carskiej rodzinie, serbskich i gruzińskich świętych. Ojciec Spirydon kochał życie monastyczne i zadziwiająco wiele wiedział o mniszych zwyczajach. Był prawdziwym mnichem. Wobec świata żartowniś i z tego powodu nawet nie podejrzewano jego duchowości.

RAJ W PUSTELNI

Dzięki kontaktom z o. Spirydonem młodzi mnisi coraz głębiej wchodzili w tajemnicę monastycyzmu. Uspokajały się ich dusze, a oczy zaczynały widzieć istotę rzeczy, a nie tylko to, co jest na zewnątrz. Odwiedzali ich przyjaciele, gotowi przyjść z pomocą, ale dokuczali swoimi powierzchownymi sądami, troską o to, co przemija, światową ślepotą na to, co istotne w życiu. Jakaż radość była w pustelni, kiedy wreszcie opuścili ją goście. Wielkim błogosławieństwem było już samo przebywanie na łonie przyrody, słuchanie szumu drzew, śpiewu ptaków, odgłosów leśnej zwierzyny. „Jesteśmy w Raju” – stwierdził kiedyś o. Serafin.
Według światowych ocen była w tym gruba przesada. Ubożuchne chatynki, nietoperze, żmije, skorpiony, ani kropli wody dookoła. Czyż to można nazwać Rajem? Czyż nie tracimy po prostu czasu?
„Nie. Jesteśmy tutaj po to, aby odnowić Raj w naszych sercach.”
Ojciec Serafin miał zwyczaj o poranku przed nabożeństwem obchodzić teren monasteru. Zorza poranna dopiero co pojawiała się w koronach rozłożystych dębów, a on chodził pomiędzy drzewami, błogosławił i całował je.
Każdego roku w okresie Wielkiego Postu o. Serafin czytał Wyznania bł. Augustyna i za każdym razem płakał, widząc głęboką pokutę świętego. W tej lekturze widział odbicie własnego życia. Niektóre epizody jakby dosłownie zaczerpnięte zostały z jego życiorysu, mogły zostać napisane jego ręką. Stopniowo oczyszczając się przez modlitwę i duchowe czuwanie, odczuwał jak jego serce rozkwita, niby rajski kwiat. Zaczynało w nim rosnąć Królestwo Boże.
Obserwując o. Serafina z boku jego przyjaciel odnosił wrażenie, że jest to człowiek, który w końcu, po wielu latach męczących poszukiwań, odnalazł swoje miejsce na ziemi. Świadczyło o tym i to, że teraz zawsze był wesoły.
„O. Serafina – mówił jego brat – nie interesował ten świat, ani na minutę nie zapominał o innym świecie.” Nigdy się nie skarżył, co zdarzało się niekiedy samemu o. Hermanowi, który w ogóle lubił sobie porozmawiać. O. Serafin nigdy nie zwracał mu na to uwagi, tylko słuchał w milczeniu. Odzywał się z rzadka i lakonicznie.
Kiedy o. Serafin mówił o Prawdzie, to jakby chodziło mu nie o zasadę czy ideę, lecz o żywą osobę. Cieszył się każdym dniem spędzonym w pustelni i nie lubił jej opuszczać. A już najbardziej nie lubił wyjazdów do San Francisco. Nawet święta Bożego Narodzenia i Paschy spędzali w skicie, jedynie w wigilię jeździli przyjmować św. Eucharystię. Ale regularnie jeździli do San Francisco raz do roku na liturgię odprawianą w krypcie władyki Jana w dzień jego pamięci.
Ojciec Serafin uważał, że życie monastyczne prowadzić można tylko na jednym miejscu, unikając niepotrzebnych podróży. „Św. Kasjan Rzymianin przestrzegał mnichów: unikajcie kobiet i biskupów. W XX wieku – dodawał o. Serafin – należałoby powiedzieć: także telefonów, podróży i ulotek”. Kiedyś o. Herman pytał przyjaciela, gdzie chciałby pojechać: „Nigdzie” – odpowiedział. „Jak to? Nawet na Górę Atos?” Wtedy o. Serafin przypomniał mu słowa biskupa Ignacego (Brianczaninowa): „Atos trzeba nosić w swoim sercu. My budujemy nasz Atos w Ameryce. Żal tylko, że pozostało tak mało czasu”.
Pielgrzymi nie mogli się niejednokrotnie nadziwić. Czy możliwa jest taka pustelnia, jakby żywcem wzięta z czasów pierwszych pokoleń mnichów? Wszystko w tym monasterze było jakby prowizoryczne. Ojcowie stawiali jedynie dach i ściany, jako ochronę od deszczu i wiatru. Miała to być tylko przystań. Życie na tym świecie tak szybko ucieka. Nawet cerkiew nie była wykończona. Zimą marzło się w niej do kości. O. Pantalejmon stwierdził: „Takich warunków nie wytrzyma współczesna amerykańska młodzież”.
Wśród odwiedzających skit byli i tacy, co przybyli tutaj powodowani zwykłą ciekawością. Jedna z pań, oglądając monaster, powiedziała współczująco: „Jak wam tutaj musi być smutno! Jak żyć bez telewizora?”
Po jej odjeździe o. Serafin skomentował wydarzenie sentencjonalnie: „Bogate miasto przyciąga ludzi pustych, biednych sercem a bogate dusze odstręcza. Biedna pustelnia przyjmuje bogatych duszą i pozwala im powiększać swoje bogactwo”.

MĄDROŚĆ ŚWIĘTYCH OJCÓW

Przez lata o. Serafin wchodził coraz bardziej w poznanie skarbnicy dziedzictwa świętych Ojców. Wszystkie swoje prace dopełniał cytatami z patrystyki, tak dawnej jak i współczesnej, Kościoła Wschodniego i Zachodniego. Nigdy nie chciał stać się specjalistą w tej dziedzinie. Starał się za to myśleć i patrzeć na życie oczami Ojców. Aby nauczyć się takiego myślenia, trzeba czytać Ojców każdego dnia. Nie można przerwać lektury, nawet na jeden dzień, bo wówczas światowy sposób myślenia zadławi w nas to, co pochodzi od Ojców.
„Ważne jest nie tylko św. Ojców czytać, aby ich myśl przeniknęła do naszego duchowego życia, należy zapisywać wszystko, co wydaje się nam być istotne i zastanawiać się, w jaki sposób wprowadzić to do swojego życia. Nie dokona się tego od razu, jest to proces przewidziany na całe lata. Czytać należy niewiele i niespiesznie. Warto też sięgać do tych samych tekstów po kilka razy.”
Nauka św. Ojców, nauczał o. Serafin, jest ponadczasowa – w przeciwieństwie do pisarzy katolickich czy protestanckich, którzy wychodzą po prostu z mody i już się do nich nigdy nie powraca, bo nazbyt związani byli z duchem swojej epoki. Zupełnie inaczej jest w Prawosławiu.
Jeśli czytasz św. Makarego Wielkiego, żyjącego na pustyni egipskiej w IV wieku, słyszysz, jak mówi on do ciebie dzisiaj. Chociaż żył w zupełnie innych warunkach, mówi językiem zrozumiałym przez wieki. Dostrzegasz u niego to samo dążenie, to samo myślenie, te same pokusy i grzeszne upadki, co u ludzi współczesnych. Tacy są i inni święci Ojcowie minionych lat, jak i nam bardziej współcześni, jak św. Jan Kronsztadzki.
Wszyscy święci rozmawiają z nami jednym i tym samym językiem, jest to język duchowego życia, którego i my musimy się nauczyć. W każdym czasie w Kościele byli święci Ojcowie, w każdym czasie przekazywano patrystyczną naukę. Nawet i dzisiaj, chociaż wielu prawosławnych, w tym i duchowni, ją lekceważą, żyją wśród nas ludzie przekazujący ją tym, którzy są jej spragnieni.
Szczególnie ważni są dla nas, ostatnich chrześcijan, dwaj rosyjscy duchowi pisarze, biskup Ignacy Brianczaninow (†1867) i biskup Teofan Pustelnik (Zatwornik) (†1894). Obaj zostali kanonizowani w Rosji w roku 1988. Obaj pisali językiem dostępnym im współczesnym. Wszelkie zgorszenia ich czasów były im znane, szczególnie dobrze orientował się w nich biskup Ignacy, poznał literaturę Zachodu, znał inżynierię i nowe teorie matematyczne. Widząc ówczesny stan filozofii zachodniej przeciwstawił jej Prawosławie. Obaj przekazują nam prawosławną Tradycję w sposób możliwie dostępny.
Będąc wiernym synem świętych Ojców, takich jak Jan (Maksymowicz), Ignacy (Brianczaninow), Teofan Pustelnik, Paisjusz (Wieliczkowski) i innych, był także o. Serafin duchowym synem pisarzy i ascetów dawnych wieków. Nie tylko przyjmował od nich mądrość Prawosławia, ale i sam ją przekazywał (tradycja to przekazywanie) swoim współczesnym. Nie chodzi tylko o to, żeby znać literaturę patrystyczną, to jest dopiero pierwszy stopień wtajemniczenia, ale o. Serafin jednoczył się ze świętymi Ojcami sercem i duszą. Pisał: „Należy żyć według nauki świętych Ojców nawet wiedząc, że ten świat nas odrzuci”.
O. Serafin nigdy nie gonił za filozoficzną modą. Nigdy nie starał się postępować i myśleć jak wszyscy inni. Nie zależało mu na tym, aby być sławnym i znaczącym. Kiedy zdanie Ojców było w jaskrawej sprzeczności z duchem czasów, śmiało je głosił, chociażby nie było zgodne z teologicznymi, filozoficznymi lub naukowymi teoriami współczesności.
Rekomendując żywoty i pisma świętych Ojców czytelnikom XX wieku, o. Serafin mówił: „W naszych czasach nie ma nie rozwiązanych pytań, na wszystko można znaleźć odpowiedź z uwagą czytając świętych Ojców, czy to na pytanie o sekty i kłamliwe nauki, tak dzisiaj rozpowszechnione, czy to dotyczące rozłamów w Cerkwi, rozdrobnienie jej na różne jurysdykcje, na temat pseudo-proroków, niby to odradzających życie duchowe lub o pokusach dóbr cywilizacyjnych, na złożone filozoficzne problemy w rodzaju ewolucji lub oczywiste kwestie sumienia i moralności, jak aborcja, eutanazja, kontrola urodzin, ukryte odstępstwo od wiary sergiaństwa, zamieniającego Kościół, ciało Chrystusa, w urzędniczą organizację lub jawne nowinkarstwo („obnoleńczestwo”) od wprowadzenia nowego cerkiewnego kalendarza do protestantyzmu ze wschodnim obrządkiem. Odpowiedzi na wszystkie te pytania dać nam mogą jedynie święci Ojcowie przeszłości i współczesności”.
NOWINKARSTWO

Wypadło żyć o. Serafinowi w czasie, gdy akurat akademicka teologia głosiła odrodzenie patrystyczne. Na tej fali wydano wiele dzieł Ojców Kościoła, dzisiaj nieomal zapomnianych. Kierunek ten jednak niósł ze sobą pewne niebezpieczeństwo i dlatego mnich z Platiny był do niego bardzo krytycznie nastawiony.
W czym istota rzeczy? Nowe pokolenie uczonych teologów wyszło z tzw. szkoły paryskiej prawosławnej myśli, a jej przedstawicielami była głównie rosyjska inteligencja. Jeszcze w Rosji wielu z nich działało na rzecz przyszłej rewolucji (Piotr Struve tłumaczył Kapitał Marksa na rosyjski). Inteligenccy teoretycy, kiedy zobaczyli, co naprawdę oznacza rewolucja, sami się jej przerazili, przestali się nią zachwycać i ledwo uszli z życiem na emigrację. Tutaj nic nie pozostało z ich wcześniejszego cielęcego zachwytu nad marksizmem.
W Paryżu bardzo chcieli powrócić do korzeni rosyjskiej kultury. Jednak z Prawosławiem tak naprawdę nie mieli wiele wspólnego. Wymyślili więc sobie własną wersję intelektualną, zgodną z tym, jak sobie wyobrażali Prawosławie. Na prostą ludową pobożność („bytowoje błagoczestie”) patrzyli z góry. Za swój obowiązek uważali, jako ludzie wykształceni, podnieść to ciemne, ludowe Prawosławie do jakiegoś przyzwoitego poziomu, aby można było się z nim pokazać na salonach Europy.
Najbardziej reprezentatywnymi przedstawicielami szkoły paryskiej byli: rosyjski filozof Mikołaj Bierdiajew i o. Sergiusz Bułhakow. Bronili oni całego systemu poglądów, później osądzonych przez Kościół zarówno w Związku Radzieckim jak i w wolnym świecie. Następne pokolenie religijnych filozofów trzymało się bardziej umiarkowanych i ostrożnych poglądów, nie przyjmowało sądów Kościołowi przeciwnych, jednakże coś z poprzedniego nurtu zawsze pozostało.
Niektórzy z nich przyjechali do Stanów, a wśród nich o. Aleksander Schmeman. Pojawił się w Nowym Jorku prosto z Paryża w roku 1951 i szybko stał się bezspornym autorytetem w Amerykańskiej Metropolii. Według niego wiele należało zmienić. Krytykował staromodną pobożność, zwłaszcza epoki przedrewolucyjnej w Rosji. Schmeman uważał, iż Prawosławie wpadło w niewolę Zachodu, a jego teologia w ostatnich stuleciach znalazła się pod wpływem Zachodu. Należało szukać nowych dróg teologii i starać się odnowić Prawosławie w jego czystej postaci. W tym widział zadanie nowej teologii. Ważkie te problemy mogli rozwiązać jedynie uczeni tej miary, co on sam. Ponadto do praktyki liturgicznej Amerykańskiej Metropolii wprowadził szereg zmian za zgodą Metropolity, który widział w nim głównego eksperta od Prawosławia.
Według Schmemana Prawosławie musi odrzucić staromodne myślenie. Śmiało włączyć się w dialog ekumeniczny z zachodnim chrześcijaństwem i po nowemu, równie śmiało, podchodzić do problemów. Konieczne jest też nawiązanie dialogu ze współczesną teologiczną modą, aby przemyśleć pojęcia takie jak kryzys, czy uświęcenie świata.
O. Serafin w ogóle odnosił się bardzo krytycznie do całej współczesnej nauki teologicznej. Z miłości do Prawdy porzucił naukową karierę, świat nauki, ludzi bawiących się różnymi teoriami i ideami, a teraz z bólem serca dostrzegał ludzi, którzy w taki sam sposób podchodzili do tego, co dla niego było najświętsze i najdroższe – prawosławnego chrześcijaństwa. Prawdy nie można rozkładać na czynniki pierwsze. Teolodzy sprowadzali wszystko do żonglowania teoriami i bawienia się cytatami, a wszystko w jednym tylko celu, aby popisać się przed światem swoją uczonością i uzyskać tak upragnione akademickie stopnie. Sama Prawda była dla nich w ogóle czymś bez znaczenia. Prace teologów były jedne gorsze, inne lepsze, ale wszystkie pozbawione wszelkiej duchowej mocy.
O. Serafin pisał: „Prawosławie dzisiejsze, kapłani, teolodzy, wierzący, zeświecczyło się. Młodzież mieszka w wygodnych domach i szuka takiej religii, która odpowiadałaby ich życiu, bo innej nie chce. Profesorowie przebywają w świecie naukowym, gdzie niczego nie przyjmuje się na poważnie, nic nie staje się pytaniem życia i śmierci, a i sama atmosfera przepełniona jest duchem świeckości.”
Mówiąc o 80-letnim o. Nikołaju Deputatowie z Australii, żywej więzi z patrystycznymi tradycjami, o. Serafin zauważył, iż takich autentycznych teologów nie spotyka się ani w prawosławnych akademiach ani na prestiżowych teologicznych kongresach. „Nie uważają oni swojego dzieła, przekazu Tradycji św. Ojców, za coś wyjątkowego, a tylko po prostu za wierność Ojcom. Nawet siebie nie nazywają teologami, lecz właśnie ta wierność i pokora wyróżnia nosicieli autentycznej prawosławnej tradycji, cech tych brakuje natomiast najbardziej znakomitym i uznanym współczesnym prawosławnym teologom”.
W tym krytycznym podejściu do Prawosławia, w poszukiwaniu późniejszych wpływów i skażeń, współcześni prawosławni teologowie poszli drogą wyznaczoną przez protestantyzm. Poddał on Boskie Objawienie ludzkiemu osądowi, a w istocie je odrzucił. Zrodziło to zgubne krytykanctwo, które później, w rękach tzw. historyków religii, stało się groźnym narzędziem walki z samą religią.
W swojej książce Wprowadzenie w liturgiczną teologię o. Aleksander Schmeman poddał krytyce samą istotę prawosławnego nabożeństwa, wychodząc od poglądów protestanckich. Podobnie jak teologowie protestanccy, negatywnie wyrażał się o przemianach liturgicznych, jakie zaczęły się z epoką Konstantyna. Widział w nich odejście od starochrześcijańskiego ducha i formy nabożeństwa. „Prawdziwe eschatologiczne nabożeństwo zostało zamienione misteryjną pobożnością”. Według niego, zadaniem współczesnych teologów jest odsłonięcie w nabożeństwie tego wszystkiego, co dodała pobożność bizantyjska dla ukazania trzeźwej symboliki staro-chrześcijańskiej. Schmeman za drugorzędne uważał elementy, z których także zrezygnował protestantyzm – misterium Eucharystii jako osobiste uświęcenie, podział na kler i zwykłych wiernych, wydzielenie cerkiewnych świąt, kanonizacja świętych, kult relikwii. Wszystkie te elementy, jako pochodzące z kultu misterii, uznał za nieistotne i niepotrzebne. Jak stwierdził, w Kościele istnieje permanentny kryzys liturgiczny.
Trudno powiedzieć, czy w duszy o. Aleksander był takim zagorzałym protestantem, jakim się wydawał, czy tylko od nieprawosławnych teologów przyjął modny, naukowy styl z pretensjami na obiektywizm.
Z wielkim bólem serca obserwowali o. Herman i o. Serafin próby Schmemana organizowania amerykańskiego Kościoła. O ile w Ameryce nie ma głębokich prawosławnych korzeni, to przecinanie więzi z żywą tradycją jest czymś najbardziej zgubnym, co tylko można wymyślić.
Schmeman torował drogę do nowego, pozbawionego korzeni Prawosławia tak, aby następne pokolenia Amerykanów nawet nie domyślały się, czego zostały pozbawione. Próbował zbudować Prawosławie czysto amerykańskie, całkowicie niezależne, na bazie współczesnej naukowej teologii a nie na żywym przekazie duchowej mądrości otrzymanej od jej świętych nosicieli.
„W naszych smutnych czasach, kiedy w imieniu Prawosławia występuje cały zastęp najbardziej przeciwstawnych sobie głosicieli, ważne jest rozumieć, komu z nich można zawierzyć, kto przedstawia sobą autentyczne Prawosławie” – pisał o. Serafin. Uważał on za całkowicie niewystarczające studiowanie patrystyki z książek na duchownych akademiach, najważniejszy jest kontakt z autentycznymi nosicielami Tradycji, którzy nią żyli. Nie głosili swojej mądrości i w swoim imieniu, lecz mądrość Ojców. „Takich nosicieli jest mało i dlatego współcześni prawosławni chrześcijanie prawie utracili smak Prawosławia”.
W późniejszych swoich pracach, przeznaczonych nie tyle dla teologów co raczej dla zwykłych wiernych, o. Aleksander Schmeman dawał im praktyczne pouczenia, nie krytykując tradycyjnego Prawosławia. Najlepszą z jego prac pod tym względem jest Wielki Post28 .
Krytykując o. Schmemana Ojcowie zawsze odróżniali „szmemanizm” i odnowicielstwo (obnowleńczestwo) od człowieka. O. Serafin nie czuł do Schmemana osobistej niechęci. O. Herman wkrótce po śmierci o. Serafina odwiedził go i aby nie poczytał krytyki jako osobistej, pokłonił się przed nim do ziemi (ziemnyj pokłon), prosząc o przebaczenie dla swojego zmarłego współbrata. O. Aleksander sam oczekiwał końca, trawiony śmiertelną chorobą i chętnie przebaczył o. Serafinowi.

PUSTELNIA NA PODWÓRKU

Z kręgu Włodzimierza Andersona przyszedł do Prawosławia młody poszukiwacz Boga, Craig Young – Katolik, nauczyciel szkolny, podobnie jak i Włodzimierz rozczarowany Kościołem rzymsko-katolickim po soborowych przemianach. Poznali się obaj w roku 1966 w San Francisco, na konferencji dla nauczycieli. Dowiedziawszy się o wątpliwościach Craiga Włodzimierz poradził mu odkryć duszę na Prawosławie.
Po raz pierwszy młody człowiek był na prawosławnej służbie Bożej na pogrzebie arcybiskupa Jana. Uroczystości wywarły na nim niezapomniane wrażenie. Nie raz zaglądał do sklepiku z książkami. Pisał też do braci do Platiny.
W roku 1970 Craig postanowił przyjąć Prawosławie. Jednakże jego żona, Zuzanna, nie dopuszczała nawet do siebie myśli o porzuceniu katolicyzmu. Craig postanowił przywieźć żonę do grobu arcybiskupa Jana, skoro na pogrzebie tego świętego człowieka odkryła się dla niego sama tajemnicza moc Prawosławia. Klęcząc przy grobie w milczeniu, prosił arcybiskupa o przyprowadzenie do Prawosławia jego rodziny. Po modlitwie podszedł do Zuzanny. Ona jakby nigdy nic zapewniła męża, że zgadza się przyjąć Prawosławie. Zadziwiony mąż od razu podziękował świętemu arcybiskupowi za tak szybką pomoc. Jeszcze tego samego roku on, Zuzanna i ich maleńki synek Jan przyłączyli się do Kościoła prawosławnego. Craig przyjął imię Aleksy na cześć św. Aleksego człowieka Bożego.
Wraz z rodziną od dwóch lat mieszkał w miasteczku Etna (750 mieszkańców) na granicy stanów Kalifornia i Oregon. Na setki mil wkoło nie było ani cerkwi ani jednego prawosławnego. Aleksy rozważał, czy nie lepiej będzie się przenieść gdzieś w pobliże San Francisco, aby nie tracić kontaktu z cerkwią. Napisał w tej sprawie do Platiny, a o. Serafin odpisał mu krótko: „Miej nadzieję w Panu, miej nadzieję w Jego woli, która przywiodła cię z miasta do tej małej osady”.
Podczas bytności rodziny Aleksego w Platinie o. Herman poradził im, aby nie mogąc odmawiać całego kręgu dziennych cerkiewnych nabożeństw odmawiali codziennie chociaż dziewiątą godzinę („dziewiatyj czas”). Powróciwszy do Etny Aleksy urządził pustelnię u siebie za domem. Co wieczór z żoną i synkiem szli do czasowni, jaką umieścił w maleńkim pomieszczeniu z pompą i nazwał na cześć świętych Adriana i Natalii (byli oni małżeństwem z III wieku, ponieśli śmierć męczeńską w Nikomedii). Tam odczytywali sobie dziewiątą godzinę, do której dokładali wieczernik.
Przemiany, jakie zaszły w ich życiu, nie mogły zostać nie zauważone przez sąsiadów. Kiedyś zaciekawiła się sąsiadka: „Wychodzicie stamtąd po pół godzinie, twarze macie spokojne, jasne. Widzę to przez okno, myjąc naczynia. Co wy tam robicie?”
Po jakimś czasie sąsiadka z córką zaczęły bywać na ich nabożeństwach. One same należały do zielonoświątkowców. Jakiś kolega Aleksego powiedział, że chciałby zobaczyć prawosławne nabożeństwo i też zaczął przychodzić. Z czasem z tego grona kilka osób przeszło na Prawosławie.
Aleksy wyraźnie czuł w sobie zadatki na prawosławnego myśliciela i pisarza. Opublikował próbny artykuł, a platińscy ojcowie poradzili mu wydawać gazetę Prawosławna Ameryka. Miał to być odpowiednik Prawosławnej Rusi w języku angielskim. Aleksy jednak zdecydował się na mniejszy periodyk pod względem formatu i ambicji, a nazwał go Nikodem. Wychodził raz na trzy miesiące i skierowany był do osób, które przyjęły Prawosławie.
Na przykładach Włodzimierza i Aleksego ojcowie mogli się przekonać naocznie, jak z rzucanego przez nich ziarna wyrasta plon. Maleńka grupa ludzi, żyjąca według zasad katakumbowych chrześcijan i świętych Ojców, sprawująca nabożeństwo w kaplicy przy wodociągu, była w konflikcie nie tylko ze światem ale i z całym układem cerkiewnej organizacji. Ojcowie byli przekonani o tym, że kiedy tylko nowa pustelnia na podwórku połączy się z urzędniczą strukturą arcybiskupa Antoniego, będzie to oznaczało jej koniec.
Nie chcąc nastawiać Aleksego przeciwko władyce, ojcowie nigdy mu nie opowiadali o swoich z nim konfliktach. Był początkującym idealistą i dlatego starali się odgrodzić go od świata cerkiewnych intryg. Być może taktyka taka była błędem. Jak się okazało Aleksy był zupełnie nie przygotowany do mających właśnie nastąpić doświadczeń.
Wychowany w Kościele rzymsko-katolickim, Aleksy odnosił się każdego biskupa jakby był wyposażony w papieską nieomylność. W delikatny sposób ojcowie starali się wytłumaczyć mu różnicę pomiędzy prawdziwymi a rzekomymi autorytetami w Kościele.
Przestrzegali też, aby na razie nie mówić arcybiskupowi Antoniemu o istnieniu w Etnie grupy prawosławnych i nie starać się znaleźć dla nich oficjalnego statusu w ramach diecezji. Pracujcie bez oglądania się na arcybiskupa, dopóki nie będziecie gotowi otworzyć cerkwi. O. Serafin doradzał Aleksemu: „Nie ucz się rosyjskiego i unikaj rad parafialnych i w ogóle wszelkiej parafialnej działalności. Jak zarazy unikaj wszelkich cerkiewnych intryg”. Chciał, żeby wraz z rodziną jeździł do różnych parafii przyjmować Eucharystię. „Twoim prawdziwym powołaniem jest misjonarstwo słowem drukowanym i mówionym”. W środowisku rosyjskim uważali Aleksego za „staroobrzędowca”.
Wspólnota w Etnie rozwijała się samodzielnie z daleka od innych prawosławnych parafii z ich zwykłą rutyną. Sami byli odpowiedzialni za swoją cerkiew i nie oglądali się na hierarchię. Nabożeństwa musieli odprawiać sami, dzięki temu stały się one dla nich cenniejsze. Ileż trudu na przykład wymagała od nich podróż do batiuszki celem przyjęcia św. Darów. Była to właściwie pielgrzymka. Tym bardziej cenili sobie to szczęście. Dla nich, Amerykanów, Kościół to nie było coś zrozumiałego samo przez się, Prawosławie było czymś nowym a przez to bardzo cennym. Każdy nowy przekład żywota świętego lub nowe nabożeństwo (służba) – to było dla nich objawienie. Historia XX wieku udowodniła, że nie należy pokładać zbytnich nadziei w cerkiewnych organizacjach. Niestety, wszędzie w nich króluje duch tego świata.
O. Serafin mówił o nadchodzących czasach nowych katakumb, kiedy łaska Boska nie będzie już dalej spoczywała na cerkiewnej organizacji, a pozostaną tylko rozrzucone nieliczne grupki wiernych. Przykładem była Sowiecka Rosja. Uważał on, iż świeccy powinni częściej organizować własne nabożeństwa, zwłaszcza tam, gdzie pozbawieni są duchownego, ale między innymi także po to, żeby mieli większe poczucie odpowiedzialności za swój Kościół.
Małej grupce wiernych z Etny życzył, by Prawosławie nigdy nie stało się dla nich czymś zwyczajnym, codziennym, do czego już przywykli. Dużym przeżyciem dla nich wszystkich było nawiedzenie Etny przez władykę Nektariusza. Takie grupy chrześcijan, związane ze sobą codzienną modlitwą, są nadzieją naszych materialistycznych post-chrześcijańskich czasów.

NOWI BRACIA

Przez całe cztery lata o. Serafin i o. Herman przebywali w skicie sami. Po tym okresie nagle zaczęli pojawiać się nowi kandydaci na mnichów. Bracia nigdy nie zachęcali nikogo do dzielenia ich sposobu życia. Pierwszym kandydatem w roku 1973 był chrześniak o. Serafina – Ławrentyj. Zgłaszający się najpierw byli przez pewien czas pomocnikami w skicie, po czym otrzymywali skufię i podriasnik, a tym samym rozpoczynali trwający trzy lata nowicjat. Bywało, że w sumie mieszkało w pustelni 14 osób. Przeważnie byli to nowo nawróceni. Z początku zawsze nadzwyczaj gorliwi, jednak dla Amerykanów po krótszym lub dłuższym czasie życie według zasad tradycyjnego monastycyzmu okazywało się przeważnie ponad siły.
Dla duchowej pomocy nowicjuszom ojcowie tłumaczyli na angielski znaczące prace ascetyczne Ojców pustyni. Dawała znać o sobie pewnego rodzaju powierzchowność amerykańskich kandydatów. Dla wielu z nich zainteresowanie życiem mniszym było wyrazem marzycielstwa, niebezpiecznego dla życia duchowego.
Przesadna asceza była w skicie zabroniona, lecz same trudy codziennego zwykłego życia wystarczały, żeby wielu z nich się przestraszyło i odeszło. Niektórzy powracali nawet po kilka razy. W ciągu 10 lat przez skit przewinęło się ponad 50 kandydatów. Chociaż z początku bracia nie zamierzali zakładać monasteru, każdego z przychodzących przyjmowali jako dar od Boga, chociażby według czysto ludzkich kryteriów nie bardzo się nadawał do tego rodzaju życia. Nikogo nie wykluczali, jeśli kandydat nie przyjął się w monasterze, sam odchodził. Dla nich, zgodnie ze słowami bł. Paisjusza Wieliczkowskiego, nowy brat oznaczał nową modlitwę.

PUSTELNIA DLA AMERYKANEK

W 1973 roku przyjechała do Platiny Nina Seko, jedna z nowo nawróconych do Prawosławia Amerykanek. Myślała o życiu mniszym, lecz jako rodowita Amerykanka obawiała się wstąpić do rosyjskiego klasztoru. Przyglądając się cerkiewnemu życiu w San Francisco popadała w przygnębienie. Dwa lata później przyjechała do Platiny z podobnie jak ona myślącą studentką wokalistyki, Barbarą, z zamiarem życia w pustelni. Jej przyjaciółka przyszła do Prawosławia w 1968 roku. Była w nich obu silna potrzeba odejścia od świata. Żeby być bliżej Platiny, osiedliły się w Etnie, a później założyły sobie małą pustelnię w pewnej odległości od monasteru.

PRAWOSŁAWNY SKRAWEK AMERYKI

Biskup Nektariusz przyjeżdżając do zagubionego w lesie skitu mógł stwierdzić: „Tutaj żyje duch Optiny”. W kronice o. Serafin zapisał: „Młodzież męczy głód duchowy, pragnienie prawdziwego płomiennego Prawosławia. Mało kto z hierarchów to rozumie”. Wyrazy poparcia otrzymali bracia od arcybiskupa Awerkija, metropolity Filareta, arcybiskupa Andrzeja (o. Adriana). „Nie należy przejmować się niezrozumieniem ze strony władz cerkiewnych czy synodu, myślących w kategoriach organizacji i polityki.”
Dla podtrzymania związku z Rosją ojcowie wystawili czasownię ku czci Carskich Męczenników, ozdobioną fotografiami rodziny carskiej, ofiarowanymi przez panią Makuszyńską. Carska czasownia powstała według projektu o. Serafina.
W święta ojcowie urządzali procesje po okolicy. Starali się w ten sposób wypełnić nakaz o. Spirydona: „Niech będzie więcej procesji, bo one uświęcają wszystko dookoła”. W okolicy wyznaczyli miejsca na przyszłe skity, stawiali tam krzyże lub wieszali na drzewach ikony. Były to kolejno skity św. Eliasza, św. Proroka Poprzednika Jana, św. Jana Teologa, św. Charytona, św. Serafina Sarowskiego, św. starca Zosimy Sybirskiego (Wierchowskiego), św. Tichona Kałużskiego. Jeszcze dwa inne skity zostały nazwane na cześć wielkich celtyckich klasztorów – Limisfarna i Jona. Chodzili tam z procesjami w dni liturgicznych wspomnień świętych zachodnich.
Okolicznym górom i wzgórzom ojcowie nadali własne nazwy. Górę nad monasterem, gdzie postawili krzyż i anałoj nazwali górą św. Hermana. Inną nazwali Atosem, jeszcze inną Pokrowską. Świąteczne nabożeństwa w skicie cechowało ubóstwo, prostota i wielka duchowa radość. Nabożeństwa w Wielkim Poście ciągnęły się 7-9 godzin na dzień. W pierwszym tygodniu prawie nie jedli. W tygodniu paschalnym codziennie były procesje. Nabożeństwa były piękne, długie i rozgrzewały dusze, chociaż w cerkwi było przeważnie zimno. O. Serafin przychodził do cerkwi już o godzinie 5 rano. Twardo stał na stanowisku, iż w monasterze codziennie musi być spełniony cały cykl nabożeństw. Niekiedy skracali psalmy, nigdy nie opuszczali ani jednego nabożeństwa, nawet jeżeli cały dzień spędzali w mieście. Wtedy czytali służby w samochodzie. Zresztą była to przyjęta praktyka podczas podróży, czytali modlitwy lub śpiewali tropariony albo głośno odmawiali Modlitwę Jezusową. O. Serafin powtarzał tę modlitwę ciągle w czasie pracy, spaceru czy odpoczynku. Szczególnie lubił modlić się w nocy w swojej kelii przed ikoną Matki Bożej Włodzimierskiej, przy świetle lampki.
„Modlitwa prywatna jest oddechem duszy, modlitwa wspólna oddechem Cerkwi”. O. Serafin radził nawet ludziom świeckim przebywającym stale w świecie czytać codziennie chociażby fragment z codziennego kręgu cerkiewnych nabożeństw (na przykład nonę – dziewiątą godzinę), aby w ten sposób połączyć się duchowo z modlitwą całego Kościoła. „Jeśli zejdzie się – pisał o. Serafin – kilku prawosławnych naprawdę kochających Boga, niech zaczynają z kapłanem lub bez służyć Jemu z oddaniem i wiarą”.

DROGA DO ODRODZENIA OPTINY

Ojcowie z Platiny stawiali przed sobą dwa cele. Przypomnieć zachodniemu światu o męczeńskim świadectwie milionów chrześcijan za żelazną kurtyną oraz pomagać cierpiącej Rosji przez drukowanie dla niej książek o jej duchowym dziedzictwie.
Idea była taka – drukować książki dla Rosji, które będą rozdawane nieodpłatnie. Lecz na to potrzebne były fundusze. Nieoczekiwanie przyszła ofiara 900 dolarów. W 1973 bracia rozpoczęli drukować żywoty optińskich starców w języku rosyjskim. Były to przedruki z przedrewolucyjnych wydań, niezwykle rzadkich tak na emigracji jak i w samej Rosji. W przeciągu ośmiu miesięcy ojcowie wydali osiem tomów książek z serii optińskiej. Drukowali je w różnych miejscach.
W Optinie był zwyczaj wysyłania duchowej literatury, wydawanej przez monaster, do wszystkich klasztorów po całej Rosji. Bractwo bł. Hermana wysyłało swoje książki do prawosławnych monasterów na całym świecie. Do czasu śmierci o. Serafina Bractwo wydało ok. 20 książek w języku rosyjskim.
W sierpniu 1991 roku bracia i siostry z Bractwa bł. Hermana wybrali się na pielgrzymkę do optińskiej pustelni, rok wcześniej na nowo odtworzonej. Mówiono im wtedy, jak wielkie znaczenie dla odrodzenia się duchowości optińskiej miały książki wydawane w dalekiej Ameryce. Nowy przełożony monasteru, ihumen Benedykt, potwierdził jak wiele osób przybywających do Optiny mówiło, że odkryło dla siebie Prawosławie właśnie pod wpływem tych książek. Niegdyś przepowiedział to Bractwu biskup Nektariusz, mówiąc: „Dzięki waszym trudom i pracy odrodzi się Optina”. Doprawdy były to natchnione prorocze słowa, niestety ani jemu ani o. Serafinowi nie było dane doczekać spełnienia się tych słów.

PRZYJĘCIE ŚWIĘCEŃ

Przez siedem lat żyjąc w pustelni bracia nie zgadzali się na przyjęcie święceń. W głębi duszy jednak o. Serafin marzył o zostaniu kapłanem i zwieńczeniu swojego życia celebracją Misterium Eucharystii. Równocześnie miał bardzo silne poczucie własnej niegodności, odczuwał prawdziwy strach Boży. Obaj obawiali się, aby ich skit nie stał się posłusznym narzędziem w rękach cerkiewnych urzędników. Kierowali się wzorem wielu świętych, którzy odmówili przyjęcia święceń. Zaczęto ich nawet podejrzewać o sprzyjanie starowiercom-bezpopowcom.
Dnia 13/26 października 1976 roku w wigilię sześciolecia ich „postrigu” przyjechał do nich władyka Nektariusz. Po odprawieniu św. liturgii długo rozmawiał z ojcami. Metropolita Filaret dał mu misję nakłonienia ich do przyjęcia święceń, żeby pielgrzymi mogli w monasterze, jak to zwykle bywa, spowiadać się i przyjmować św. Tajemnice. „Metropolita radzi wam przyjąć tę godność. W przeciwnym razie arcybiskup Antoni przyśle do was ojca duchownego, być może kogoś całkowicie wam obcego według ducha. Optińscy starcy przyjmowali święcenia. Zostaniecie hieromnichami i z większym skutkiem będziecie prowadzić ludzi do Boga. A liturgie będziecie odprawiać tak często, jak sami zadecydujecie, nie musicie codziennie”.
O. Serafin widząc, że nie unikną przyjęcia święceń prosił tylko o jedno, żeby udzielał ich sam władyka Nektariusz. Na odjezdnym powiedział on właśnie owe zagadkowe słowa, że przez nich odrodzi się Tradycja optińska. Ojcowie jednak nadal pełni byli wątpliwości.
W wigilię dnia bł. Hermana 11/24 grudnia do monasteru na święto patronalne przybyło wielu pielgrzymów. O. Herman jeszcze miał ciągle wątpliwości co do słuszności przyjęcia święceń. Modlił się tylko, żeby arcybiskup Antoni nie przyjechał. Kiedy mieli powitać władykę u wrót skitu zdążył szepnąć do współbrata: „No to teraz się za nas weźmie”. Przeszli do carskiej czasowni. Nagle władyka powiedział: „Metropolita kazał prosić was o przyjęcie święceń”. Na mgnienie oka upadł przed nimi na kolana i zaraz się podniósł. „Proszę, nie odmawiajcie. Obiecuje pozostawić was w spokoju”. W tym momencie o. Hermanowi zrobiło się go żal.
Arcybiskup ze swojej strony obiecał nie mieszać się w sprawy monasteru. Ojcowie zgodzili się na przyjęcie święceń celem pomocy amerykańskim neofitom. O. Serafin poprosił tylko, żeby święcicielem był władyka Nektariusz.
Na drugi dzień arcybiskup Antoni celebrował św. liturgię, podczas której o. Herman został wyświęcony na diakona. Przeciwnik rodzaju ludzkiego też dał znać o sobie. Podczas pobytu arcybiskupa w lesie rozległy się przeraźliwe krzyki, od których krew stygła w żyłach. Nigdy wcześniej ani też później nie słyszeli czegoś podobnego (prawdopodobnie był to krzyk rannego rysia, podobny do płaczu kobiety).
Data święceń została wyznaczona na dzień proroka Daniela (17/30 grudnia). W przeddzień spadł śnieg, a od września nie było ani kropli deszczu. Ojcowie zobaczyli w tym znak Opatrzności. Biskup Nektariusz podczas św. liturgii wyświęcił o. Hermana na kapłana i dokonał poświęcenia dwóch nowych lektorów Władimira Andersona i Georgesa Wilamsa. Przy świątecznym stole zebrało się 22 osoby.
Następnego dnia o. Herman bardzo przeżywając po raz pierwszy w życiu celebrował św. liturgię dosłownie ze strachem i drżeniem. Władyka Nektariusz postanowił, że diakońskie święcenia o. Serafina odbędą się w najbliższą niedzielę w katedralnym soborze. O. Serafin pojechał tam sam, a o. Herman pozostał w pustelni. Spóźniony nieco na sobotnią wieczernię stanął na klirosie, gdzie pomagał śpiewać i czytać. Nabożeństwo było bardzo uroczyste w asyście dwóch protodiakonów.
Po nabożeństwie pojechał do Palo Alto na spowiedź do o. Spirydona i zmuszony był złożyć przed nim przysięgę na wierność i posłuszeństwo soborowi Biskupów. Zasmuciło to dotkliwie o. Serafina. Wchodząc w stan kapłański nie chciał przyjmować wraz z nim całego formalizmu, bezdusznego podporządkowania się władzy.
W dzień święceń o. Serafina na diakona (20 grudnia/2 stycznia) przypadało wspomnienie liturgiczne św. Jana Kronsztadzkiego. Kandydat do święceń przybył do soboru na długo przed liturgią i od razu udał się do krypty bł. Jana prosić o błogosławieństwo. Duchowieństwo było do niego, jak wyczuwał, nastawione raczej chłodno, lecz nie wrogo. Sobór był przepełniony. Zaraz po liturgii wraz z biskupem i kilkoma osobami zeszli do krypty odśpiewać panichidę przy grobie biskupa Jana.
Cały ten dzień nowo wyświęcony diakon spędził w towarzystwie biskupa Nektariusza. Wieczorem odprawiał po raz pierwszy jako diakon. Następnego ranka odprawił pierwszą swoją diakońską liturgię wraz z o. Mikołajem Dombrowskim. Zgodnie z wymaganiami Ustawu w ciągu 40 dni o. Herman codziennie odprawiał wraz z o. Serafinem liturgię. Wkrótce nastało Boże Narodzenie 1976, najszczęśliwsze w całym ich życiu.
Wielki Post roku 1977 był dla ojców okresem szczególnie ciężkim. Długie postne służby, przyjechało wielu pielgrzymów, na drukowanie książek i czasopism ani czasu ani sił już nie starczało. „Nie jestem godny odprawiać” – powiedział o. Serafin do o. Hermana. „Ja bardziej niż ty” – pocieszał go współbrat. „Nie, ja jestem gorszy dlatego, że w młodości kłaniałem się pogańskim bożkom” – odpowiedział z męką w głosie o. Serafin i zapłakał. O. Hermana poraziła tak głęboka skrucha za grzech mający miejsce dwadzieścia lat wcześniej, kiedy modlił się w buddyjskich pagodach.
W tym samym dniu, kiedy przyjechał władyka Nektariusz, do monasteru przybył oczekiwany od tygodnia różdżkarz, mający znaleźć dla nich bezcenną wodę. Władyka pobłogosławił go. Do tego czasu ojcowie musieli taszczyć wodę kilka mil od podnóża góry. Różdżkarz bardzo szybko znalazł wodę na głębokości dwudziestu metrów. W ten sposób z łaską kapłaństwa do monasteru przyszła też i łaska wody.
11/24 maja, w dzień świętych Cyryla i Metodego, o. Serafin w obecności ok. 40 pielgrzymów został wyświęcony na kapłana. Była to niedziela Niewiast Niosących Miro. Aleksego Yunga poświęcili na lektora. Władyka Nektariusz bardzo przeżywał święcenia. Chciał przekazać nowemu pokoleniu nie tylko apostolską łaskę kapłaństwa, ale i duchowość optińskiej pustelni. W tej chwili ten słaby, stary i schorowany człowiek był Apostołem Chrystusa, a przed nim klęczał ktoś, kto całym swoim dotychczasowym życiem wyrażał duchowy głód Zachodu.

PRAWOSŁAWNA MISJA

W kapłaństwie widział o. Serafin nie tylko dar od Boga dla siebie osobiście, lecz przede wszystkim krzyż dany mu, żeby innych ludzi pociągał do niebieskiego życia.
Towarzystwo Pamięci Arcybiskupa Jana w San Francisco przysłało Bractwu pieniądze na wykopanie głębinowej studni. Przybył specjalistyczny sprzęt i zaczęto kopać. Doszli do 25 m i niczego nie znaleźli, na 40 natknęli się na kamienie. Koszty szły w tysiące dolarów za każdy odwiert. Wody ani na lekarstwo a pieniądze rozeszły się bez sensu. Ojcowie posmutnieli. „Módlmy się, – powiedział o. Herman – żeby nam chociaż starczyło pieniędzy na opłacenie dotychczasowych prac.”
Poszli do cerkwi odmówić kanon do Bogurodzicy. Modlitwę przerwał nagły krzyk na dworze: „Woda, woda!” Kiedy wybiegli, zobaczyli bijącą w niebo spod ziemi fontannę. Dostali się do wody na głębokości czterdziestu pięciu metrów. Potem okazało się, że mieli dokładnie co do dolara tyle pieniędzy, ile było trzeba za wszystko zapłacić. „Arcybiskup Jan dopomógł” – powiedział o. Serafin i przeżegnał się. Nad monasterską studnią ojcowie postawili kaplicę poświęconą pamięci arcybiskupa Jana.
Od momentu przyjęcia przez ojców kapłaństwa znacznie zwiększyła się liczba pielgrzymów w skicie. Stał się on dla prawosławnych w Kalifornii znanym duchowym centrum. Ojcowie przyjmowali wszystkich. Teraz mieli jeszcze mniej czasu niż dawniej. Zwiększyli liczbę misyjnych punktów, chcieli nieść światło Prawosławia do jak największej ilości ludzi.
Działalność misjonarska rozpoczęła się w dzień imienin Walentyny Charwi w lutym 1978 roku. O. Serafin wraz z kilkoma pielgrzymami pojechał do niej do Reding. Ojcowie, po odprawieniu dziewiątej godziny i wieczerni, doszli do wniosku, że należy w miasteczku założyć prawosławną misję. Jeszcze raz powrócili do Walentyny. Modlili się w pokoju, gdzie zmarła jej matka i gdzie urządziła ona modlitewną kelię. W tym pokoju, dzisiaj kaplicy, przebywał władyka Jan. Odprawione przez nich nabożeństwo bardzo przypominało nabożeństwo w starożytnym katakumbowym Kościele. Dzisiaj chrześcijanie podobnie jak i w dawnych czasach powinni duchowo zerwać ze światem.
„Chcecie, żeby w Reding była cerkiew?” – zapytał o. Herman gospodynię. Czuło się dosłownie dotyk łaski Bożej. Na miejsce dla przyszłej cerkwi ojcowie wybrali garaż. Pierwsza cerkiew władyki Jana we Francji również powstała w garażu. Walentyna zalewając się łzami ze szczęścia przyniosła papierową ikonkę podarowaną jej przez arcybiskupa Jana jeszcze w Szanghaju.
O. Herman oczyścił jeden z kątów garażu, powiesił ikonę i odprawił moleben. W ciągu miesiąca w Niedzielę Triumfu Prawosławia o. Herman powiózł całą monasterską młodzież do Reding, gdzie po procesji z ikonami i chorągwiami, pobłogosławił nową czasownię. Za miesiąc, podczas świetlanego tygodnia, odprawiono tam po raz pierwszy św. liturgię. W ten sposób spełniło się proroctwo władyki Jana. Wiele lat temu Walentyna chciała opuścić miasteczko, lecz władyka powiedział jej: „Z czasem i tutaj będzie cerkiew”. W krótkim czasie Walentynie i jej 16-letniej córce Aleksandrze z pomocą innych wierzących udało się zamienić dawny garaż na prawdziwą prawosławną cerkiew.
Zakładając tę maleńką własną parafię ojcowie nie musieli się teraz obawiać posyłania ich na zastępstwa do batiuszek po całej rozległej diecezji. W swoich misyjnych centrach mogli oni wcielać w życie zasady katakumbowej cerkwi.
Dla o. Serafina wszystkie wyjazdy z monasteru były wielką ofiarą, ze swej natury był skłonny raczej do samotności, jako myśliciel, filozof i pisarz. Jechać gdzieś w świat na Paschę czy Boże Narodzenie, żeby odprawiać liturgię, było mu ciężko. Misyjne wyjazdy przeszkadzały też bardzo w pracy pisarskiej.
W latach 1978-1984 Bractwo otworzyło jeszcze cztery parafie w stanach Kalifornia, Oregon, Idaho, Washington. Częste były przypadki, kiedy ludzie z ciekawości przychodzili na nabożeństwa i fakt ten zmieniał potem całe ich życie. Niekiedy dochodziły do nich głosy, że platińscy ojcowie są zbyt surowi, narzucają świeckim typowo monastyczne zachowania, zwłaszcza posty w całej rozciągłości. Mówili: „Parafia nie jest dla mnichów”. W jednej z ich placówek wierni nawet w końcu się zbuntowali. Zaprosili do siebie batiuszkę z amerykańskiej metropolii, lecz byli niemile zaskoczeni jego nowoczesnością i szybko przeprosili ojców za swój czyn.
Jednak ich ulubionym dziecięciem była Etna. Przez około 2 lata ojcowie jeździli tam odprawiać św. liturgię. Raz do roku przyjeżdżał do nich władyka Nektariusz. Ojcowie marzyli o dniu, w którym Aleksy zostanie wreszcie kapłanem. Gorąco namawiali go do przyjęcia święceń. Chociaż droga mu była sama idea prawosławnej misji w Nowym Świecie, początkowo jednak się wahał.
W dniu 5 maja 1979 roku w skicie władyka Nektariusz wyświęcił Aleksego na prezbitera. Maleńka parafia w Etnie miała teraz nareszcie własnego batiuszkę.
W sierpniu, w dniu kanonizacji bł. Hermana, od 1978 roku zaczęły się letnie pielgrzymki. Było celebrowane uroczyste całonocne czuwanie i liturgia, a wszystko w języku angielskim. Ojcowie oraz zaproszeni duchowni i świeccy mieli wykłady. Pielgrzymi przyjeżdżali niejednokrotnie z dalekich stron, z Australii, Japonii, Kanady, ze wschodniego wybrzeża Stanów. Z braku miejsca większość nocować musiała w lesie w śpiworach. Pomimo trudnych warunków zjazdy powodowały u uczestników cichą radość. Dopóki pozwalało im na to zdrowie, przyjeżdżali władyka Nektariusz i o. Spirydon. Dla nowo nawróconych Amerykanów byli oni żywymi świadkami prawosławnej Tradycji. Długie monasterskie służby i wykłady dawały uczestnikom okazję do uszczknięcia czegoś z dawnej prawosławnej mądrości i pobożności. Może wydawać się dziwne, że chociaż wokoło pełno było jadowitych węży i skorpionów, nikomu nigdy nic się nie stało.
Po pielgrzymce rozpoczynały się niedzielne zajęcia teologicznej akademii Nowego Walaamu, zakończone egzaminem przed o. Hermanem. „Zjazdy pielgrzymów – jak pisał o. Serafin – dopomagają ludziom prowadzić poważne i głębokie prawosławne życie, w centrum którego stoi gorliwa modlitwa, przygotowanie do przyjęcia św. Tajemnic”.
O. Serafin chciał, aby goście odjeżdżali z nowym zrozumieniem przepaści pomiędzy chrześcijaństwem a duchem współczesnego świata, z nowym postanowieniem, aby chronić siebie w Prawosławiu w naszych trudnych czasach.
Letnie pielgrzymki nieodłącznie związane były z chrztami neofitów. O. Serafin nie starał się szczególnie przyciągać do chrztu. Bóg tylko sobie znanymi sposobami sprawiał, że ludzie znajdowali drogę do nich i do Prawosławia. Jako pierwszego ochrzcili buchaltera z banku w Reding. O istnieniu monasteru dowiedział się przypadkowo w pracy. Przyjechał zobaczyć, jak coś takiego wygląda. Po upływie roku przyjął prawosławny chrzest.
Chrzty odbywały się zawsze bardzo uroczyście w czystej wodzie górskiej rzeki. Katechumeni ubrani byli w długie białe szaty, w rękach trzymali świece. Przez pięć lat swojego kapłaństwa o. Serafin wraz z o. Hermanem ochrzcili ok. 100 osób. Było duże zainteresowanie Prawosławiem. O. Serafin powiedział bratu: „Jacy my jesteśmy szczęśliwi, i jak mało mamy czasu, żeby tymi bogactwami prawosławnej duchowości podzielić się z ludźmi”.

NOWO NAWRÓCENI

O. Herman poradził o. Serafinowi napisać Przewodnik dla nowo nawróconych do Prawosławia, a on przyjął to początkowo jako swoje „posłuszanie”. Chciał w tej książce ostrzec neofitów przed pułapkami, jakie ich oczekują. Przychodząc przeważnie ze środowisk protestanckich, nie zdążyli jeszcze przeniknąć duchem Prawosławia. U wielu z tych młodych ludzi zauważył duch krytykanctwa. Tylko moja parafia jest autentyczna, cała reszta niekanoniczna. Grzechem głównym nowo nawróconych jest pokładanie całej nadziei w sobie i swoich siłach. Często nie przychodzą oni do Cerkwi, aby w pokorze się uczyć, ale sami chcą być mądrzejsi od mędrców.
Drugi grzech, jaki często cechuje neofitów, to czysto estetyczne podejście do wiary. Łatwo podejmują wiele pustych rozmów o sprawach duchowości i w ogóle o Prawosławiu, bo naturalnie uważają się za znawców tematu. Dyskutują zawzięcie o prawidłowych ikonach, o tym jak należy w cerkwi robić pokłony – sami w swoim pojęciu stają się dla innych autorytetami. Wielu z tych poszukiwaczy prawidłowości („prawilności”) w końcu odpadło od Cerkwi, bo nie starczyło im ani chrześcijańskiej miłości ani dobrej woli.
Zamiast sami przyjąć postawę pokornych uczniów, neofici często chcieliby uczyć wszystkich dookoła. Sam o. Serafin, chociaż był zwolennikiem ścisłego stosowania Ustawu, nigdy nie pochwalał stawiania Typikonu w Cerkwi na pierwszym miejscu. Cechą neofitów było takie przerzucanie się z jednej skrajności w drugą.
Nigdy jednak o. Serafin nie przeciwstawiał neofitom prawosławnych z urodzenia. Niektórzy w Rosyjskiej Cerkwi za Granicą uważali, że „wszystkie biedy są z winy nowo nawróconych, lepiej jakby ich wcale nie było. Sprawiają Cerkwi same kłopoty”.
Kiedy jeden z duchownych amerykańskiej misji żalił się ojcom, że arcybiskup Witaliusz nie pozwala mu odprawiać po angielsku a wyłącznie w języku starocerkiewno-słowiańskim, o. Serafin odpowiedział: „Poglądy władyki nie odpowiadają czasom, od nich wieje snobizmem – Prawosławie tylko dla wybranych. Z tego wyziera całkowity brak doświadczenia misyjnego”.
Z drugiej strony młodzi neofici, krytykujący narodowy charakter prawosławnych ze Starego Świata, szli tą samą drogą. „Ostatnia etniczna moda – mówił o. Serafin – to amerykanizm. Krytykując narodowy charakter, można przegapić to, co najważniejsze – związek z przeszłością. Ważne jest przyjęcie za przewodnika św. Tradycji, bowiem w niej jest mądrość Cerkwi”.
Nigdy też o. Serafin nie wchodził w spory, co jest lepsze – rosyjska czy grecka Tradycja. „W niektórych rzeczach Rosjanie są bliżsi starych Tradycji, w innych Grecy. My wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie i zupełnie niedopuszczalne jest sianie narodowych wrogości pomiędzy prawosławnymi. Możemy się uczyć jedni od drugich, ale przede wszystkim mamy się wszyscy uczyć od naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa poznawać czyste źródła Jego Kościoła”.
„I Grecy i Rosjanie wprowadzili do cerkwi sporo nowych obyczajów. Każda parafia i każdy monaster winien nieść prawosławną Tradycję w dostępnej im mierze w duchu pokory i miłości”. W końcu o. Serafin nie napisał Przewodnika dla nowo nawróconych, gdyż doszedł do wniosku, iż nie ma i nie może być gotowych recept na życie duchowe dla wszystkich.

SIOSTRY

Po święceniach o. Serafina Maria Salome i ich przyjaciółka z protestanckiej wspólnoty, Nancy, najpierw osiedliły się w Etnie, a potem urządziły się w domku dla gości na skłonie monasterskiej góry w Platinie. Początkowo zamyślały wstąpić do Nowodiwiejewskiego Monasteru, założonego przez o. Adriana. Będąc Amerykankami szukały monasteru o profilu misyjnym dla nowo nawróconych. Kandydatki do życia mniszego modliły się i pomagały w pracy wydawniczej. Barbara żyła w samotni w lesie i z rzadka tylko pojawiała się w skicie. Potrzebny był im własny skit dla sióstr z daleka od monasteru, gdzie mogłyby trudzić się w imię Boże. One i tak właściwie prowadziły życie mniszek.
W roku 1979, będąc na św. Górze Atos, o. Herman w rozmowie z o. Nikodemem pytał o jego zdanie na temat żeńskiego monastycyzmu w Ameryce. O. Nikodem udzielił błogosławieństwa na zakup ziemi z przeznaczeniem na żeński skit. A dla „postrigu” pierwszej mniszki oddał własną mantię. Powiedział wtedy: „Nie należy bać się żadnych przeszkód, każde miejsce, gdzie wymawiana jest modlitwa Jezusowa jest światłem świata. Nie ma obowiązku, aby żeński skit posiadał jakiś oficjalny status, można naśladować przykład niezależnych monasterów atoskich.”
Po powrocie o. Herman proponował współbratu pielgrzymkę na Atos, ale ten odpowiedział: „Amerykanie powinni zbudować Atos w swoim sercu”. Na przyszły żeński skit bł. Kseni znaleźli ziemię w górach, wyżej od Platiny, ponad 12 mil na zachód od ich monasteru, w lesie nad strumieniem. Po zakupie ziemi ojcowie na miejscu przyszłej cerkwi odgarnęli śnieg i na mrozie odśpiewali pierwszą św. liturgię. W następnym roku założyli fundamenty cerkwi, a siostry zbudowały domek z kaplicą, zaczęły się tam modlić i żyć.
W ten sposób siostry miały już własną przystań. Ich duchowym przewodnikiem został o. Serafin. Mniszki duchową dojrzałością przewyższały mężczyzn-posłuszników29 . Nie było u nich tak często spotykanego u nowicjuszy braku wiary w siebie. W kaplicy codziennie odbywał się pełny krąg cerkiewnych nabożeństw. Oprócz tego siostry obowiązywało tzw. Kelejnoje prawiło czyli specjalne modlitwy odmawiane w celi prywatnie.
Każda z sióstr miała swoje oczekiwania. Barbarę pociągało życie pustelnicze. Maria chciała służyć Bogu i być w jakiejś wspólnocie, ale powiedziała ojcom otwarcie, że nie chce przyjmować postrigu. Nancy pragnęła życia mniszego, lecz nie miała w sobie zdecydowania Barbary. Salome jeszcze ciągle się wahała: zostać mniszką czy założyć rodzinę? Barbara nadal mieszkała samotnie w lesie albo w Etnie. O. Serafin jeździł do nich odprawiać św. liturgię, a powracał z ciężkim sercem.
Pierwsza odeszła Salome i zaczęła pracować jako pielęgniarka w Reding. Ojcowie gorąco się modlili, nie bardzo wiedząc, co robić dalej. Żeński skit był pod znakiem zapytania.
W tym czasie ojcowie przygotowywali do wydania gazetę dla prawosławnych różnych jurysdykcji pt. Prawosławna Ameryka. Pierwszy numer nowego pisma wyszedł w roku 1980. Redaktorem był Aleksy. Pomagała mu w tym Maria. Ideą pisma było zanieść podstawy Prawosławia do, o ile to możliwe, największej liczby Amerykanów.
W sierpniu 1980 roku ojcowie przygotowywali się do obrzędu „postrigu” Barbary. W przeddzień wyznaczonej daty wybuchł w okolicy gigantyczny pożar lasów. Setki akrów lasu wokół stanęło w płomieniach. Pomimo wszystko „postrig” się odbył w obecności licznych pielgrzymów. Cerkiew w skicie była jeszcze nie ukończona i nabożeństwo miało miejsce pod gołym niebem na polanie w otoczeniu choinek.
Był to wzruszający widok, mnisi modlący się w lesie pod dużym drewnianym krzyżem i ikoną Zbawiciela, błogosławioną przez starca Michała Walaamskiego na ziemi pobłogosławionej przez innego starca z Atosu, gdzie odtąd miały żyć Amerykanki, uciekające od upadłego świata.
O. Serafin nakrył Barbarę swoją mantią. Otrzymała teraz nowe imię Brygidy – pierwszej świętej mniszki z Irlandii. Podczas tego samego nabożeństwa Nancy została riasoforną mniszką.
Jak tylko wiadomość o „postrigu” dotarła do arcybiskupa Antoniego, natychmiast wezwał ojców do siebie, żeby się wytłumaczyli, dlaczego zrobili to bez jego zgody. Po siedmiu godzinach jazdy, przy upale 40 stopni, o. Herman stanął przed dyszącym ze złości biskupem. Później były długie rozważania władyki o niekanonicznym monasterze, własnej woli i tym podobne gadki.
„Chcielibyście, władyko, żeby ona, Amerykanka, zaczynała swoje mnisze życie wśród rosyjskich kobiet nie znających jednego słowa po angielsku w samym centrum szumnego miasta?”
Na końcu rozmowy władyka powiedział: „Dziękuję. Niech ją Bóg pobłogosławi.”
„Jednego tylko nie rozumiem – powiedział na pożegnanie. – Czemu daliście jej takie dziwne imię?”
Najwidoczniej święci prawosławni Zachodu byli mu całkowicie obcy.
Pomimo dania swojego błogosławieństwa, arcybiskup nigdy nie uznał skitu i nigdy nawet nie rozmawiał z siostrami. I bez tego skit się rozrastał. Dzięki Bogu przybywało nowych sióstr, pragnących prowadzić takie życie modlitwy i kontemplacji z dala od zgiełku i trosk tego świata. Zbudowały sobie nowe kelie z sosnowych bierwion, hodowały kury i kozy, zajmowały się ogrodem. Prowadziły życie pierwszych pionierów na Dzikim Zachodzie.
Dla niektórych pielgrzymów było zupełnie niepojętym, dlaczego te młode Amerykanki wybrały sobie taki właśnie a nie inny sposób na życie. W 1992 roku było tam 13 mniszek, a wszystkie wywodziły się z grona nowo nawróconych Amerykanek.

ODEJŚCIE OJCA SERAFINA

W dzień Przemienienia Pańskiego o. Serafin odprawił tutaj, na ziemi, ostatnią liturgię. Wkrótce choroba nie pozwoliła mu nawet pójść do cerkwi. Nigdy nikomu się nie uskarżał na swoje zdrowie, dlatego nikt nie wiedział, jak bardzo cierpi. Zaczęło się od silnych bólów żołądka. Leżał cichutko w swojej kelii.
Przez kilka dni bóle nie ustępowały. O. Serafin nie chciał jechać do szpitala, chociaż prosił go o to usilnie o. Herman. Kiedy w końcu się zgodził, od razu po przyjeździe przystąpiono do operacji. Gdy go odwiedzili, widok był przygnębiający. Leżał przywiązany do łóżka, żeby z bólu nie porwał połączeń z aparaturą, nie mógł mówić, starał się mimo tego coś powiedzieć szeptem. Środki znieczulające już nie działały, ból był niewymowny. Po pierwszej nastąpiła druga operacja.
Wszyscy byli oszołomieni i przygnębieni. W wigilię święta Zaśnięcia Matki Bożej byli przekonani, że to właśnie teraz Bogurodzica zabierze go do siebie i zakończy się jego ziemska pielgrzymka.
W cerkwi w Reding w wigilię Zaśnięcia zebrało się wielu ludzi. O północy odprawili św. liturgię w intencji uzdrowienia o. Serafina. O. Aleksy udzielił choremu Eucharystii. W szpitalu przez cały czas znajdował się o. Herman i reszta braci. Wszyscy myśleli, że oto nastał czas wielkiego pożegnania. Jednak jeszcze ciągle modlili się o cud. Przyjechał arcybiskup Antoni. Pomodlił się z o. Hermanem, odmawiając kanon na odejście duszy i powrócił do San Francisco.
Była godzina 2 w nocy. Zebrało się ponad 20 osób. Zaśpiewali stichiry na święto Zaśnięcia a potem cały paschalny kanon. O. Serafin nie mógł mówić. Był pod maską tlenową, tylko łzy ściekały mu z oczu. Wszyscy obecni także nie mogli powstrzymać się od łez. Ciężko było widzieć cierpienia o. Serafina, ale i zostawić go było niemożliwe. Skończyło się tym, że przyszły pielęgniarki i wyprosiły wszystkich.
Stan chorego trochę się poprawił. Starał się uśmiechać do przychodzących. Pojawiła się nadzieja, a lekarze zaczęli dawać pewną szansę na wyzdrowienie. Odwiedzający modlili się i czytali Ewangelię. Przez 5 dni i nocy trwało ich czuwanie u łoża chorego. O. Serafin przywiązany do łóżka wyglądał jak ukrzyżowany. Było to rzeczywiste męczeństwo.
Po niedzielnej liturgii wieczorem nad chorym odprawili poświęcenie oleju. Pomazanie olejem przyjęli wszyscy obecni. Akatysty i kanony były czytane jeden po drugim. Tak długo i tak gorliwie nikt dotąd się nie modlił. Przez kilka dni był z nimi władyka Nektariusz.
Z wtorku na środę o północy odśpiewali liturgię w szpitalnej kaplicy. O. Herman starał się wszystkich pocieszać, ale widać było, że i u niego samego coś jakby się załamało w duszy. O. Serafin był dla niego przyjacielem i współbratem, doradcą i duchowym synem.
O. Herman wyspowiadał umierającego. Mówić o. Serafin już nie był w stanie, jedynie kiwał głową. Z ogromnym wysiłkiem ucałował Ewangelię, a kiedy opadł na poduszki, w jego oczach pojawiły się łzy.
O. Serafin Rose oddał duszę Bogu 20 sierpnia/2 września 1982 roku w wieku lat 48. Przy jego śmierci była tylko jedna mniszka ze skitu bł. Kseni.
O. Herman w milczeniu ubrał o. Serafina w jego mnisze i kapłańskie szaty. Na twarzy zmarłego zastygł cichy uśmiech niebieskiej szczęśliwości. Ciało zawieźli do Platiny w prostej drewnianej trumnie i do czasu pogrzebu pozostawili w monasterskiej cerkwi. Bracia czytali Psałterz. Wieczorne nabożeństwo przemieniło się w nocne czuwanie.

PO CZTERDZIESTU DNIACH

Przez trzy dni od momentu śmierci do pogrzebu ciało o. Serafina nie zaczęło się rozkładać, pomimo letnich upałów. Nawet skóra nie nabrała szaro-sinego koloru a pozostała prawie taka, jak za życia. Od najdawniejszych czasów uważano to za oznakę świętości zmarłego. Wszyscy uczestnicy tych smutnych uroczystości widzieli w tym wyraźny znak z nieba. Twarz o. Serafina tchnęła pokojem i szczęściem, a chociaż powinno się zakryć twarz zmarłego welonem, tego nie zrobiono. W trumnie wyglądał znacznie młodziej niż za życia. Czuwało przy niej wielu ludzi.
W dzień pogrzebu niewielka cerkiew była przepełniona po brzegi. Panichidę odprawiał arcybiskup Antoni i biskup Nektariusz. Dwaj posłusznicy monasteru zostali postrzyżeni w riasofor. Włodimira Andersona wyświęcili na kapłana, a Lorensa Wiliamsa z Etny na diakona. Biskup Nektariusz widząc matkę Brygidę przybitą boleścią, podszedł do niej i powiedział: „Módlcie się nie za o. Serafina, a do niego.”
Pochowali go na tym samym miejscu, gdzie czternaście lat wcześniej z o. Hermanem odprawiali swoje pierwsze nabożeństwo i gdzie z płaczem dziękował Bogu za darowanie im pustelni.
Kiedy ziemia pokryła trumnę, jakoś tak spontanicznie wszyscy zaśpiewali paschalny troparion „Chrystos Woskresie is miertwych”, a ich smutek zaczął przemieniać się w radość. O. Herman przez ten cały czas odprawiał liturgię w intencji swojego współbrata i przyjaciela.
Na dziewiąty dzień po śmierci o. Serafina 30 przypadł akurat dzień pamięci bł. Hioba Poczajowskiego 28 sierpnia/10 września i równo 19 lat istnienia Bractwa bł. Hermana.
Czterdziestego dnia, gdy Cerkiew szczególnie modli się za zmarłych, nad mogiłę przyszło znowu wielu pielgrzymów. Wielu z nich idąc za radą biskupa Nektariusza modliło się do zmarłego. Przyjechał też władyka z kilkoma kapłanami. Sędziwy hierarcha zakończył swoje kazanie słowami: „O. Serafin był sprawiedliwym, może nawet świętym”. Tłumacz na angielski zawahał się przez chwilę, a władyka potwierdził uderzając posochem o ziemię: „Tak, świętym!”
W swoim długim życiu stary biskup widział wielu świętych, zarówno jeszcze w Rosji jak i później w Wolnym Świecie. Gdy już powrócili znad mogiły do cerkwi, na jej progu władyka z kadzielnicą w ręce zaintonował wieliczanije: „Ubłażajem tia prepodobnym otcze Serafinie…” Kapłani, mnisi i pielgrzymi z przekonaniem podjęli ten śpiew.31

BĘDZIEMY RAZEM W RAJU

„Najistotniejszą cechą o. Serafina było jego trzymanie się autentycznego Prawosławia” – pisała po jego śmierci Koncewiczowa w Prawosławnej Ameryce. Wielu, jak to zwykle bywa w podobnych wypadkach, dziękowało Panu Bogu za spotkanie na swojej drodze życia takiego człowieka, który stał się dla nich życiowym drogowskazem. Szczególnie ważnym był on dla amerykańskich nowo nawróconych na Prawosławie. W różnych częściach Stanów wielu ludzi niezależnie od siebie składało świadectwa o chwilach, gdy w sposób szczególnie intensywny odczuwali obecność o. Serafina. W Platinie znajdują się zapisy wielu cudów dokonanych po jego śmierci, zwłaszcza pomocny był w modlitwach ludzi chcących wyrwać się ze zwierzęcego instynktu pożądania.
O. Herman przypomniał jedno z wydarzeń, jakie miało miejsce jeszcze za życia o. Serafina. Pewnego trudnego dnia, gdy zupełnie upadł na duchu, poszedł do kelii o. Serafina. Wylał przed nim całą swoją gorycz: „Może niepotrzebnie tutaj siedzimy?” O. Serafin wtedy podniósł swój wzrok i powiedział cicho: „Będziemy razem w Raju”.
Pomyśleć tylko, w naszym XX wieku, kto jeszcze myśli o Raju i ze skruchą płacze za nim?
Umarł o. Serafin, lecz droga krzyżowa o. Hermana była dopiero przed nim. We wszystkim sił dodawał mu jego współbrat. Kiedyś miał taki sen. Ot, zwyczajna życiowa sytuacja, zepsuła się jedna z ciężarówek. Zdarzenie na porządku dziennym, psuły się nadzwyczaj często. We śnie na górze stał o. Serafin w czarnej riasie i kłobuku. Woła do siebie współbrata. Ten usiłuje wejść na górę, lecz nie może. Do jego czotek trzymanych w ręku przyczepionych jest około stu osób. O. Herman ogląda się za nimi, a to wszyscy znajomi, pielgrzymi, przyjaciele, sąsiedzi. I wszyscy ciągną razem z nim samochód a nie wiszą na nim, jak się początkowo wydawało. O. Serafin uśmiechnął się i zniknął.
W krótkim czasie po śmierci o. Serafina spłonęła monasterska cerkiew. Płomień wybuchł nieoczekiwanie w zimny poranek. O. Herman akurat powracał z misyjnego wyjazdu do Australii i Nowej Zelandii. Udało się jedynie uratować ikonę bł. Hermana, przed którą niegdyś modlił się arcybiskup Jan. W ciągu pięciu lat braciom udało się postawić kamienną cerkiew na podobieństwo głównej świątyni walaamskiego monasteru.
W tym czasie zmarł władyka Nektariusz, nie tylko prawdziwy ojciec chrzestny Bractwa, ale do tej pory jego obrońca wobec cerkiewnych władz. W 1984 roku odszedł też do wieczności archimandryta Spirydon. Spełniło się też życiowe marzenie o. Gerasima. Na Zaśnięcie Bogurodzicy w 1983 roku siedmiu braci z Platiny przeniosło się na Wyspę Jodłową i założyli tam monaster.

EPILOG

Jeszcze w latach pięćdziesiątych archimandryta Konstantyn (Zajcew) w artykule „Przed obliczem antychrysta” pisał o prawdziwie wierzących w Chrystusa, niezależnie od przynależności do tego czy innego Kościoła, i o ich pojednaniu w czasach ostatecznych. To katakumbowe bractwo chrześcijan będzie przeciwstawiać się przemianie wszystkich Kościołów, także i prawosławnych, w wygodne dla antychrysta instytucje, zgodne z założeniami współczesnego ekumenizmu (kłamliwie rozumianej jedności Kościołów) i do ostatniego dnia będzie łączyć wierzących w prawdziwy Kościół Chrystusa, prawdziwe cierpiące Prawosławie.
Już w naszych czasach można zobaczyć, jak ciągną do siebie ci wszyscy, co pragną pozostać wiernymi Chrystusowi. Ekumenizmowi antychrysta przeciwstawia się inne zjednoczenie, duchowe pokrewieństwo wierzących w Chrystusa z różnych Kościołów, różnych nauk teologicznych, niekiedy nawet dosyć dalekich od pełni Prawdy.
„Mamy piękne cerkwie, cudowne nabożeństwa, lecz czy jest to powód do zadowolenia?” – pytał o. Serafin wierzących. „Chwalimy się jeszcze i tym, że zachowujemy czasem posty, obchodzimy cerkiewne święta, dajemy ubogim jałmużnę, płacimy cerkiewną dziesięcinę, mamy w naszej parafii piękne ikony, a podczas nabożeństw wszyscy u nas śpiewają. Rozkoszujemy się wzniosłymi naukami patrystycznymi, teologicznymi rozważaniami, a w naszych sercach nie ma Chrystusowej prostoty i prawdziwego współczucia dla cierpiących. I wtedy cała nasza wiara przemienia się w pustą religię i duchowego owocu ona nie przyniesie w odróżnieniu od wiary tych, co odrzucają świeckie udogodnienia i cierpią w walce za Chrystusa”.
Inne słowa o. Serafina: „Prawosławie to nie teologiczne konferencje, wizyty hierarchów i bankiety w drogich restauracjach a cierpienie za Chrystusa”.
Prawosławne chrześcijaństwo, jako jedyne, podaje duchową mądrość dawnych wieków. Ono jest Bożą Prawdą, teraz i zawsze i na wieki wieków, łączy nas od razu z Bogiem, czym nie mogą pochwalić się inne kierunki religijne. I w nich są wprawdzie skryte ziarna Prawdy, lecz pełnia Prawdy jest tylko w chrześcijaństwie, Bożym objawieniu samego siebie ludzkości.
We współczesnym świecie, pośród chrześcijan nawet prawosławnych, szatan z powodzeniem realizuje swoje cele, siejąc zniszczenie i rozpad, gorsząc dusze przed swoim ostatecznym i nieuniknionym atakiem.
Przez swoją śmierć na Golgocie Jezus Chrystus ukazał nam jedyne wyjście dla naszych czasów. Proponuje On „Przyjdź, naśladuj mnie, biorąc swój krzyż” (Mk 10, 21). I my powinniśmy iść Jego drogą, drogą cierpiącego Prawosławia, jeśli chcemy osiągnąć Jego Królestwo, które nie jest z tego świata. I niechaj na tej pielgrzymiej drodze doda nam odwagi pamięć o jednym spośród nas, synu współczesnej Ameryki. On już przeszedł tę drogę.
Ojcze Serafinie – módl się za nas do Boga!
Nota tłumacza

Przypisy pochodzą ode mnie. Daty podane są najpierw według kalendarza juliańskiego, potem gregoriańskiego (stary i nowy styl), ponieważ w Rosyjskim Kościele za Granicą używany jest stary styl. Używam synonimicznie słów Kościół i Cerkiew na określenie instytucji kościelnej.
Imiona zostały zmienione zgodnie z polską pisownią, jednak nie konsekwentnie. W przypadku Awierkija pozostawiona została rosyjska wersja tego imienia, a nie Abercjusz nazbyt odbiegający od rosyjskiego brzmienia. Imiona amerykańskie starałem się podać w wersji nie zmienionej.
Tytuły święty i błogosławiony są używane zamiennie, jako że Prawosławie nie zna rozróżnienia pomiędzy kanonizacją a poprzedzającą ją beatyfikacją, tak jak nie znał jej Kościół pierwszego tysiąclecia.
Na Zachodzie patrystyka jest okresem historycznym i zamkniętym. Na prawosławnym Wschodzie ma ona swoją kontynuację w pismach i wypowiedziach współcześnie żyjących świętych starców.

BIBLIOGRAFIA

Książki autorstwa o. Serafina Rose wydane w języku angielskim

1. Orthodoxy and the Religion of the Future, Platina 1975.
2. The Soul After Death, Platina 1980.
3. Heavenly Realm: Lay Sermons of Fr. Seraphin Rose, Platina 1984.
4. God a Revelation to the Human Heart, Platina 1987.
5. Nihilism: The Root of the Revolution of the Modern Age, Forestville 1994.
6. The Place of Blessed Augustine in the Orthodox Church, Platina 1983.
7. Blessed John the Wonderworker, Platina 1987.
8. T. Father Gerasim: Guardian of St. Herman of Alaska, Platina 1983.
9. The Holy Fathers: Sure Guide to True Christianity, 1983.
10. Weeping Icons of the Mather of God, Platina 1966.
Przypisy

1 Tradycja, gr. parŕdosi od słów parŕ – ponad i dosi od czasownika dino – daję. Chodzi o przekaz ponad pokoleniami, por. ros. predanie. Łacińskie słowo traditio kojarzy się raczej z objaśnianiem, tłumaczeniem.
2 „Filokalia” – wypisy z Ojców Kościoła dotyczące modlitwy i życia duchowego, ułożone przez Nikodema Hagiorytę i Makarego z Koryntu w końcu XVIII w. Na język starocerkiewno słowiański została przetłumaczona przez bł. Paisjusza Wieliczkowskiego i jego uczniów. Nie mylić z książką pod tym samym tytułem autorstwa Orygenesa. W języku polskim – skrótowe wydanie w jednym tomie, pt. Filokalia, teksty o modlitwie serca. Przekład i opracowanie ks. Józef Naumowicz, Tyniec, Wydawnictwo Benedyktynów, Wydawnictwo M. rok wydania 2002.
3 Szczere opowieści pielgrzyma przedstawione jego ojcu duchowemu (wyd. W drodze, Poznań 1988), anonimowe dzieło rosyjskie na temat Modlitwy Jezusowej, bardzo popularne również w Stanach Zjednoczonych, gdzie było wydawane pt. Droga pielgrzyma.
4 Tutaj w znaczeniu cerkwi katedralnej.
5 Po polsku – „Krótka opowieść o Antychryście” w: Włodzimierz Sołowjow, Wybór pism, wyd. W Drodze, Poznań 1988, t. 2.
6 Święto to przypada 21 listopada wg nowego stylu.
7 Ihumen – przełożonuy monasteru; schymnik – najwyższy stopień ślubów mniszych; skit – erem, pustelnia.
8 Główny ośrodek monastyczny w Ameryce należący do Amerykańskiego Kościoła za Granicą. Założyli go mnisi pochodzący z Poczajowa.
9 Optińskaja Pustyń (Pustelnia Optina) odegrała znaczącą rolę w życiu duchowym Rosji w XIX i początkach XX wieku. Monaster znajduje się w pobliżu Idzielska.
10 Mnich posiadający święcenia diakońskie
11 Mnisze nakrycie głowy złożone z kołpaka (gr. kamilawkion) i welonu
12 W prawosławiu nie istnieje różnica pomiędzy kanonizacją a beatyfikacją, jest to akt jednorazowy.
13 Mnisza cela.
14 Święto przypada 15 sierpnia nowego stylu.
15 Dawniej rodzaj eremu, grupa pustelniczych domków położonych w pobliżu cerkwi, dzisiaj nazwa nadawana najbardziej czcigodnym wielkim monasterom, np. Pieczerska Ławra w Kijowie
16 Miejsca po obu stronach ikonostasu, gdzie stają śpiewacy i lektorzy
17 Zwolennicy biskupa Eulogiusza (Georgijewskiego) z Paryża, jedna z frakcji, na jakie podzielił się rosyjski episkopat na emigracji.
18 Thomas Merton, Dziennik azjatycki, Wyd. Znak, Kraków 1993.
19 Wierzchnia szata używana przez duchowieństwo prawosławne.
20 Staroobrzędowcy – zwolennicy tzw. starych obrzędów czyli obowiązujących w cerkwi rosyjskiej przed reformą liturgiczną patriarchy Nikona, jaka dokonała się w XVII w. (inna nazwa – starowiercy).
21 Nabożeństwo w intencji zmarłych
22 Theodora Koeber, Ishi, człowiek dwóch światów, Kraków 1978.
23 Księga zawierająca przepisy dotyczące odprawiania cerkiewnych nabożeństw (gr. typikon)
24 Stosunek do władzy radzieckiej, chociaż dzisiaj już nie istniejącej, jest nadal główną różnicą i zasadniczą przeszkodą w pojednaniu i połączeniu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (patriarchat moskiewski) i Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi za Granicą.
25 Publicznie w telewizji brytyjskiej zaklinał się imieniem Bożym, że w Sowietach nie ma żadnego prześladowania chrześcijan i nigdy nie było. Nie za długo po tym zmarł na atak serca.
26 Wierszowane utwory liturgiczne będące częścią składową bizantyjskiego oficjum.
27 Zadanie nałożone na mnicha przez przełożonego
28 Ks. Aleksander Schmeman, Wielki Post, Białystok 1990.
29 Posłusznik – osoba w okresie próby przed przyjęciem stanu mniszego w monasterze (zach. nowicjusz).
30 Według prawosławnego zwyczaju dniami szczególnej modlitwy za zmarłego jest dzień 3, 9 i 40 po jego śmierci.
31 W ten sposób biskup Nektariusz dokonał jakby małej kanonizacji o. Serafina, gdyż „wieliczanije” śpiewa się tylko świętym.

Źródło: https://hevenrose.wordpress.com/2010/09/02/nie-z-tego-swiata/